Powrótponiedziałek, 10 stycznia 2011
Zanurzyła koniuszek pióra w różowym atramencie i ostrożnie rozprowadziła go wewnątrz czarnych konturów kwiatu. Delikatnie, miękkimi ruchami wypełniała cienkie, długie przestrzenie. Sięgnęła po pędzelek, nabrała z kociołka kilka kropli eliksiru utrwalającego i poprawiła rysunek. Zalśnił na chwilę blado, a kiedy przygasł, kolory zdawały się o wiele wyraźniejsze. Zmarszczyła nos z niezadowoleniem. Kiedy eliksir wsiąknie w pergamin i zwiąże się z pigmentem, kolory wrócą do początkowej intensywności. Wiedziała o tym doskonale, ale tak mocny róż aż drażnił oczy. Odsunęła na bok pergamin, z jednej strony przyciskając go książką od eliksirów, z drugiej nóżkami kociołka, żeby przypadkiem się nie zwinął. Wtedy cała praca poszłaby na marne. Dla pewności przyjrzała się jeszcze raz rycinom leżącym na blacie, suszonym łodygom wystającym z koszyka wciśniętego do wielkiego kociołka przy drzwiach. Wszystko się zgadzało. Sęki i skręty na korzeniach wyszły wprost doskonale. Świeże kwiaty mrugały do niej brązowymi środkami z wazonu ustawionego na kontuarze. Różowe płatki tworzyły wokół nich uśmiechnięte, radosne słoneczka. Słodki zapach usypiał, przywodząc na myśl kwitnące łąki i wakacyjne lenistwo. Podniosła się, zebrała wszystkie rośliny i związała sznurkiem, uważając, żeby nie rozciąć skóry ostrymi krawędziami liści. Takie skaleczenia goiły się długo, a wzdłuż rany utrzymywało się nieprzyjemne uczucie cierpnięcia. Otuliła kwiaty kawałkiem lnu, starając się nie uszkodzić cennych płatków. Obwiązała jeszcze raz i schowała pakunek w starym kufrze stojącym przy zejściu do podziemnej pracowni. Wróciła na swoje miejsce, usiadła na wysokim stołku i zaczęła wodzić palcem po czarnym drewnie, którym wykończona była lada. Szybko jednak uznała, że jest to zajęcie wyjątkowo bezproduktywne.
Wstała jeszcze na chwilę, ściągnęła z półki wielką księgę oprawioną w czarną skórę i rozłożyła ją na blacie. Pociągnęła lekko czerwoną tasiemkę służącą za zakładkę i tomiszcze otworzyło się z łoskotem na zaznaczonym miejscu. Eliksir pieprzowy. Nie, to chyba nie na tę porę roku. Eliksir mrożący krew w żyłach. Niech będzie. Przejrzała potrzebne ingrediencje. Właściwie miała wszystko, brakowało tylko liści kamforowca, ale był to składnik dodawany na samym końcu, więc zdąży odwiedzić aptekę i uzupełnić zapasy. Umieściła kociołek (cynowy, rozmiar 2) na specjalnym, kamiennym postumencie. W ciągu kilku chwil zatańczył pod nim magiczny ogień. Zmniejszyła płomień stukając końcem różdżki w odpowiednie kamienie. Jeszcze nie wolno jej było używać zaklęć poza szkołą, ale palenisko pomyślane było i zaczarowane w taki sposób, aby obsługiwać je tylko zaszyfrowanym stukaniem różdżką - w celu zapobiegnięcia ewentualnym oparzeniom dłoni - bez zaklęć. Starannie odmierzyła wodę i trzy krople esencji z cynamonowca chońskiego. Żółte płatki i małe, sercowate listki grindelli zawirowały w srebrnej cieczy. Eliksir gęstniał, powoli odparowując. Zamieszała go zgodnie z instrukcją i zdjęła z ognia, który natychmiast zgasł. Szary dym unosił się cienką strużką nad kociołkiem, który odstawiła na podłogę.
Zarzuciła na ramię torbę, otworzyła z rozmachem drzwi, ale zamiast wypaść z radością na skąpaną w słońcu uliczkę, cofnęła się do ponurego wnętrza, próbując złapać oddech. Na dworze panował potworny upał, właśnie dochodziła dwunasta. Nigdzie ani żywego ducha. Przezorni czarodzieje pochowali się w przyjemnie chłodnych wnętrzach, sącząc piwo kremowe i czekając, aż przejdzie największa fala gorąca. Przez chwilę zastanawiała się, czy warto ryzykować upieczenie dla kilku zeschniętych listków. Niestety przepis w książce mówił wyraźnie, że odstęp między ostatnim mieszaniem a dodaniem rozdrobnionego kamforowca nie powinien wynosić więcej niż dwadzieścia minut. Zostało ich jeszcze piętnaście, dokładnie tyle, by zdążyła dojść do apteki, zrobić zakupy i doczołgać się z powrotem. Zacisnęła zęby. Przecież nie jest z cukru, nie rozpuści się. Ani z lodu...
Zmieniła zdanie, gdy zdyszana i zlana potem, dopadła przeszklonej witryny sklepu z kociołkami. Srebrny klucz ślizgał się w wilgotnej dłoni i minęła dłuższa chwila, nim zdołała trafić nim w dziurkę pod klamką. Popchnęła drzwi i wśliznęła się do środka, starając się zamknąć je możliwie najszybciej, żeby jak najmniej gorącego powietrza dostało się do wnętrza wraz z nią. Chłód i mrok były tak przejmujące i głębokie, że aż zadrżała. Otarła kropelki z czoła, odetchnęła głęboko, co przyniosło ukojenie podrażnionym upałem drogom oddechowym. Jeśli z eliksirem wszystko będzie w porządku, już za chwilę wymoczy stopy w rozkosznie lodowatej cieczy, aż zmarznie na kość. Uśmiechnęła się z radością. Zgniotła listki kamforowca wewnątrz papierowej torebeczki, w którą były zapakowane i wsypała proszek do kociołka. Teraz trzeba poczekać kilka minut i gotowe! Rozsiadła się wygodnie za kontuarem i leniwie wodziła wzrokiem za papierami latającymi po ulicy. Wiatr wcale nie przeganiał upału, uderzał płonącym strumieniem w twarz i zapierał dech w piersiach.
Nagle przed wystawą sklepową zamajaczył duży, czarny kształt. Pojawił się tak niespodziewanie, że przestraszona mało nie spadła z wysokiego stołka. Z zainteresowaniem przyjrzała mu się uważniej. Był to dość wysoki, ubrany na czarno chłopak, właściwie już mężczyzna. Pociągła twarz o ostrych rysach nie miała w sobie łagodności, a jedynie szarą powagę i stanowczość. Mimo to było w nim coś młodzieńczego, co odróżniało jego sylwetkę od całkiem dorosłych. Zdawało się, że tę pełną dystansu i wyniosłości minę miał od zawsze, jakby nosił maskę, która nie mogła wyrazić nic innego. Uporczywie, jak zahipnotyzowany wpatrywał się w wypolerowany, srebrny kociołek za szybą. W końcu poruszył się, obrócił i ruszył w stronę drzwi. Dzwonek przy futrynie zadzwonił radośnie, oznajmiając nadejście klienta.
- Dzień dobry - przywitała go z uśmiechem podnosząc się z miejsca.
Tylko nieznacznie skinął głową i bez zbędnych uprzejmości przystąpił do przeglądania kociołków. Podnosił każdy, ważył w dłoni, przystawiał do ucha i stukał różdżką. Oglądał ze wszystkich możliwych stron, zaglądał do środka opukując dno. Ustawiał na podłodze i sprawdzał stabilność nóżek oraz poręczność uszek. Zdawał się ignorować śledzące go spojrzenie brązowych oczu, całkowicie pochłonięty swoim zadaniem. Odstawił dwudziesty chyba kociołek i już miał sięgnąć po kolejny, gdy znieruchomiał nagle. Pociągnął nosem. Błyskawicznie wyciągnął różdżkę i z dziwną iskrą w oczach ruszył w stronę paleniska.
Początkowo nie rozumiała jego zachowania. Czyżby miał zamiar ją zaatakować? Dopiero po chwili pojęła, co go tak zaniepokoiło. W powietrzu unosił się niemal przezroczysty dym, tylko przy odpowiednich załamaniach promieni słonecznych, wpadających przez nierówne szyby witryny dawało się uchwycić niebieskawe odblaski włókien. Ledwo wyczuwalny zapach malin wślizgiwał się swobodnie w nozdrza równie niedostrzegalnie oblepiając cieniutką pajęczynką odsłonięte fragmenty skóry.
- Zakryj twarz - krzyknął mężczyzna, zbliżając się do kociołka, w którym coś zaczynało bulgotać. Osłonił twarz rękawem szaty i zajrzał do wnętrza naczynia. Eliksir jakby tylko na to czekał. Przelał się przez brzegi i powoli popełzł w stronę intruza. Już miał oblepić jego buty i powędrować w górę po nogawce, gdy cofnął się gwałtownie, odpędzony płonącym drwem. Srebrna substancja skurczyła się i grzecznie powróciła do kociołka, nadal bulgocząc złowieszczo. Mężczyzna rozejrzał się szybko po pomieszczeniu.
- Potrzebna jest woda, żeby to zneutralizować.
Zalany eliksir zmienił barwę na zieloną, przestał bulgotać i samoczynnie wymieszał się z wodą.
- Lepiej nie podlewać tym kwiatków - mruknął chłopak, jak gdyby nigdy nic wracając do oglądania kociołków. Wybrał jeden z cynowych, nieco większy niż standardowy rozmiar dla uczniów Hogwartu i podszedł z nim do lady. Nie odzywał się ani słowem. Szatynka wyglądała na wyraźnie zbitą z tropu. Zaróżowiona skóra piekła nieprzyjemnie.
- Dziękuję - odezwała się nieśmiało, kiedy pchnął w jej stronę kociołek i rzucił wyczekujące spojrzenie. - Sądziłam, że to zupełnie niegroźny eliksir.
- Zupełnie niegroźny, dopóki jakiś idiota - Zmarszczyła czoło z niezadowoleniem, gdyż obelga była wyraźnie rzucona w jej stronę. - nie zdejmie go z ognia w połowie warzenia - dokończył z nieprzyjemnym uśmiechem.
- Ale co to... - zaczęła zmieszana, czując, że wzbiera w niej wściekłość.
- To eliksir mrożący, ciepło ognia trzyma go w kociołku. Inaczej staje się dość gęsty, plastyczny i... nieprzyjemny. Zaczyna pochłaniać ciepło z innych źródeł, na przykład z człowieka, który jest w pobliżu. - Na szczupłej twarzy wykwitł grymas mający być zapewne uśmiechem mściwej satysfakcji. - Taki szczegół. Ten kociołek. - Wskazał ruchem głowy. Był w gestach równie oszczędny jak w słowach.
- Radziłabym tamten. - Wyciągnęła rękę i wskazała kociołek schowany na samym dnie stosu.
- Pozostanę przy tym - odparł chłodno. - Ile to będzie? - Wyciągnął z kieszeni skórzaną sakiewkę i zaczął przeliczać pieniądze.
- Tamten - powtórzyła z naciskiem. - Jest lepszy. Podwójne dno, dłużej utrzymuje ciepło, wygodniejsze uchwyty i stabilniejsze nóżki. Wytrzyma o wiele więcej wybuchów.
W spojrzeniu czarnych oczu odmalowała się niema zawiść i tak namacalne potępienie, że znów zadrżała.
- Twoje eliksiry nie wybuchają? - zagadnęła z lekkim uśmiechem, wychodząc zza kontuaru i wygrzebując wskazany kociołek. - Ten jest naprawdę lepszy. Wierz mi, wiem, co mówię. Wychowałam się wśród kociołków.
- Wezmę ten. - Był niesamowicie uparty, co trochę działo jej na nerwy, a trochę śmieszyło.
- To będzie twój trzeci kociołek w tym miesiącu - rzuciła obojętnie, z miną filozofa i anielskim uśmiechem, przez który mimo wszystko przebijała szatańska nuta. Chłopak rzucił jej jeszcze chłodniejsze spojrzenie, ale teraz była na to przygotowana. - Domyślam się, że po prostu nie wytrzymały. W tych małych, cynowych można przygotowywać eliksiry z zakresu programu szkolnego, ale do poważniejszych mikstur zaleca się profesjonalne konstrukcje. Ten ma dłuższą gwarancję - zakończyła, jakby to miało przesądzić sprawę. Spojrzał na nią spode łba i sięgnął po cynowy kociołek, który wcześniej wybrał.
- Ten jest dobry. - W zimnym głosie zabrzmiała stalowa nuta. - I tańszy - dodał z naciskiem. Uniosła brwi i westchnęła lekko. Ślizgona nie przekonasz. Ale jego ostatni argument jakoś do niej nie trafiał. Czy nie lepiej wydać raz ciut większą kwotę i mieć porządny sprzęt, który wystarczy na długo? Ale może... Jego sakiewka nie wyglądała na wypchaną.
- Ten - Popchnęła ku niemu większy kociołek. - za cenę tego. - Cynowy odstawiła na podłogę.
- Dlaczego? - W pytaniu zabrzmiała nieufność. Najwyraźniej nie był przyzwyczajony do żadnych uprzejmości.
- Co dlaczego
- Dlaczego to robisz? Nie masz w tym żadnego interesu.
- Uratowałeś mnie przed tym eliksirem. To nie wystarczy? Więc który zapakować?
Przechylił nieznacznie głowę, przyglądając jej się badawczo. Najwyraźniej, ku swemu wielkiemu zdumieniu, którego mimo wszystko nie okazał, nie wykrył żadnego podstępu. Z niechęcią wskazał przyniesiony przez nią kociołek. Widziała jednak, jak błyszczały mu oczy, kiedy owinęła naczynie szarym papierem.
- Jeszcze raz dziękuję. - Wyciągnęła do niego rękę. Uścisnął ją z wahaniem i wyraźną rezerwą.
- Nie ma za co - odburknął cicho, jakby nie do końca miał pewność, że robi właściwie. Chwycił kociołek, zapłacił i ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się tuż przy drzwiach.
- Przemyj skórę wywarem z jeżówki purpurowej i powinno przestać piec - rzucił przez ramię na pożegnanie i rozpłynął się w drżącym gorącem powietrzu równie szybko, jak się wcześniej pojawił.
- Do zobaczenia w Hogwarcie - mruknęła, zaglądając z obawą do kociołka, w którym wcześniej bulgotał srebrny eliksir. Zamieszała zielonkawą wodę końcem różdżki, upewniając się, że jest nieszkodliwy. Słyszała już kiedyś, że Severus Snape jest naprawdę dobry w eliksirach i obronie przed czarną magią, a może i w samej czarnej magii. Wiedziała też, że nie należy do najbardziej lubianych uczniów. Sama nie pałała do niego sympatią, ale była bardzo wdzięczna za pomoc. W końcu nie musiał... A jeśli Ślizgon czegoś nie musi, a mimo wszystko to coś zrobi, w szczególności tak ślizgoński Ślizgon jak Severus Snape, i to w stosunku do Gryfona, należy to chyba uznać za święto. Oby tylko nie było następnego razu, bo takiej ilości dobroci wobec głównych wrogów Salazar by nie strawił i trzeba by poważnie zreformować jego zielone, podziemne siedlisko.
komentarze, 7,
dodaj komentarz7 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
Ejli. poniedziałek, 10.stycznia.2011, 22:22 95.40.151.142
|
|
|
Droga Gosiu!
Bardzo się cieszę z rozpoczęcia przez Ciebie kolejnej działalności blogowej. Oczywiście już dawno zalinkowalam ten adres i będę systematycznie sprawdzać, czy nie pojawiło się coś nowego - a mam nadzieję, że będzie pojawiać się bardzo często.
Od dziecięcych moich lat jestem fanką Twojej twórczości, czego przez ten szmat czasu na pewno się domyśliłaś. Z tym opowiadaniem nie może być inaczej. Już pobudziło moje czujniki ciekawości i nie mogę doczekać się dalszego ciągu - oby pojawił się szybko!
Pewnie zdradzę teraz sekret (bo nikt jeszcze nie wie, jak nazywa się główna bohaterka), ale z ogromną ciekawością czekam na bliższe poznanie Nony! Proszę, opisz ją dokładnie już wkrótce.
Pozdrawiam serdecznie
Twoja największa najniecierpliwsza FANKA :D
Magda
|
|
almostlover wtorek, 11.stycznia.2011, 16:34 87.206.226.132
|
|
|
Jeśli tak pomyślałaś, to chyba nie czytasz swojej twórczości dostatecznie dokładnie - dobre opowiadania o Harry'm Potterze nie przemijają, mimo iż nawet sam Potter się już zestarzał.
Z długimi zdaniami od zawsze miałam problem, bo pisząc, czytam je tyle razy, że sama je już dokańczam, ale w końcu je okiełznam . To akurat pozostałości po poprzedniej "edycji", która po czasie wydawała mi się odrobinę przepełniona i tym razem mam szczere chęci niewykastrowania swoich bohaterów.
Taaaak - moje marzenie od czasów "Dzieci z Bullerbyn" (drugim było posiadanie takiego koszyczka na kawałku żyłki do sklepu spożywczego naprzeciwko, ale - niestety - z pomysłu nic nie wyszło).
Hm - nie potrafię na to pytanie odpowiedź jednoznacznie, ponieważ zamierzam trzymać się kanonu i Cedrik umrze podczas turnieju, ale Ebony tak łatwo nie pozwoli mu odejść - w tym momencie planuję skończyć pierwszą część :)
Powiem Ci, że ja też mam taką nadzieję - każdego dnia noszę się z planem napisania czegoś, ale po ciężkim dniu w szkole, wracam do jeszcze gorszych prac domowych - masz Ci los.
Aaaaa - małe literki na szablonie nie miały byś do czytania! :D Znaczy się, to jak najbardziej logiczne i nawet adekwatne do opowiadania cytaty, ale raczej nie sądziłam, że ktokolwiek będzie chciał je przeczytać - przepraszam za dyskomfort :)
Cholercia - znawczyni kociołków mi się trafiła :D
O ile znam Ebony, a spędziłam z tą łamagą już kilka ładnych lat, to owy kociołek miał z nią naprawdę ciężkie życie i rzucanie nim we wszystko, co się tylko dało, to dopiero początek długiej listy nieprzyjemności, przez które musiał przejść.
Moje Puchoniątko przed zajęciami eliksirów musi pić jakiś magiczny odpowiednik melisy, bo w przeciwieństwie do Nony (no no! ;)) nie przepada za mieszaniem czegokolwiek. Obu nam chyba brakuje precyzji - mnie do rysowania, jej do dodawania składników ^^
Snejp, Snejp, Sewerus Snejp - oj, chyba pomyliłam repertuar... Stanowczo brakuje mi tutaj określenia "przetłuszczone włosy", ale poza tym - Snape w swojej całej, mrukliwej okazałości.
Również proszę o informowanie o nowych notkach i migiem dodaje do ulubionych!
|
|
Konto usunięte wtorek, 11.stycznia.2011, 21:52 87.198.22.89
|
|
|
Dziękuję pięknie za wizytę u mnie i dodanie mojego bloga do ulubionych, co, prawdę mówiąc, podbudowało nieco moją wiarę w siebie. Cieszę się, że Lily przypadła komuś do gustu, bo mówiąc szczerze ja ciągle jeszcze nie jestem do niej przekonana.
Zaciekawiła mnie nazwa, więc wpadłam do ciebie. Muszę stwierdzić, że oryginalny początek przypadł mi do gustu. Kociołki, eliksiry, wszystko w potterowskim klimacie i ładnej oprawie, z tymi lekkimi opisami i Snejpem (budzącym we mnie mieszane uczucia), nie mogło mi się nie podobać. Nie mogę się jakoś obszerniej wypowiedzieć na temat treści po jednym rozdziale, ale pewnie zrobię to niedługo - mam zamiar zaglądać tutaj regularnie i czytać następne rozdziały.
Ja również życzę duuuużo weny i serdecznie pozdrawiam, Perfect.
|
|
meadowes- piątek, 14.stycznia.2011, 22:02 85.28.132.73
|
|
|
Cześć. Na początku muszę podziękować za komentarz pod swoją notką - to naprawdę miłe, że ktoś jeszcze to czyta... I zgodnie z prośbą, informuję o nowym rozdziale.
Co do Twojej notki... podobały mi się opisy; są całkiem plastyczne i dobrze się je czyta. Postać Snape'a również dość dobrze opisana, niemniej jednak mnie brakuje tego "czegoś" w jego zachowaniu. Tak, wiem, to dopiero pierwsza notka. Mam nadzieję, że jeszcze się rozkręcisz, jeśli chodzi o kreowanie Ślizgona.
Znalazłam kilka błędów przy dialogach (kropki i wielkie litery nie tam, gdzie trzeba), ale poza tym wszystko było OK i żadne błędy nie utrudniały mi czytania. ;)
Życzę powodzenia w pisaniu i czytelników z konstruktywną krytyką, no i oczywiście dużo Weny i radości z tworzenia. ;)
|
|
almostlover sobota, 15.stycznia.2011, 18:09 87.206.226.132
|
|
|
Z największą przyjemnością informuję, że na blogu pojawił się drugi podrozdział - "Najtrudniejsza pobudka w historii wakacyjnych pobudek oraz naleśnik-despota." :)
a teraz lecę do kuchni, po coś słodkiego, bo normalnie wewnętrznie czuję, że należy mi się nagroda - nie minęło kilka miesięcy, a ja już publikuję! :D
Pozdrawiam,
Basia.
|
|
almostlover poniedziałek, 17.stycznia.2011, 22:34 87.206.226.132
|
|
|
Nie - ja się stanowczo nie zgadzam na strajk Twojej weny ;) W końcu trafiłam na opowiadanie, w którym podoba mi się postać Snape'a (może dlatego, że zanim się dowiedziałam, że on to on, to zdążyłam się już oswoić, polubić go w granicach rozsądku i przypasować do głównej bohaterki), więc żadnych takich! :)
Ja doczekałam się ferii - przedostatnich w moim życiu i dzisiaj uzmysłowiłam sobie, że ona się już właściwie skończyły, ale tym się będę przejmować potem - konkretniej w niedzielę.
Napisałabym więcej, ale moja Druga Połówka jest pochłaniaczem mojego wolnego czasu - póki co machnęłam kilka szablonów (fotomontaż Pattinsona z Evan Rachel Wood *-*) - lubię Kurkovą, ale nigdy nie odpowiadała mi do wizerunku Ebby.
Trzymam kciuki za sesję - poradzisz sobie! :) Btw, jaki kierunek :) ?
Przyznam się - kuchnia Lawrence'ów jest wzorowana na tej, którą jako dzieciak zawsze fundowałam moim simsom - osobiście wolałabym teraz coś białego - art deco mną ostatnio zawładnęło :)
Za wytknięcie błędów bardzo dziękuję! Tyle się człowiek naczyta i tyle z tego.
No właśnie, mam nadzieję, że niczego teraz nie zepsuję, mimo zawirowań będzie "happy end" ;)
Po cichutku liczę, że zarówno ja wytrwam przy pisaniu, a Ty przy wyrażaniu swojego zdania, ale na wszelki wypadek (:D) mogę chyba uchylić rąbka tajemnicy - Całość odbywa się zgodnie z tym, co napisała pani Rowling - Cedrik umiera. Ale skoro panna Granger miała swój zegarek, dlaczego i moja Ebony nie miałaby znaleźć czegoś dla siebie? Uda się jej uratować tego swojego nieszczęsnego lubego, ale wtedy wyjdzie z niego chłoptaś-narcyś i raczej będzie zły, niż wdzięczny. No i los upomni się o kogoś w zamian za niego (mam tylko nadzieję, że dopiszę! :))
Pozdrawiam gorąca i jeszcze raz trzymam kciuki za sesję (i za znalezienie nowej naleśnikarni też :)),
Basia.
|
|
Aurora Sinistra niedziela, 22.maja.2011, 02:19 83.7.94.137
|
|
|
Już widzę, że powstaje tutaj coś nietypowego... A początku rozdziału nie potrafię określić inaczej niż "proza poetycka".
|
Szablon wykonałam
ja, tylko dla
siebie.
Credits:
Brandon Warren,
dollieflesh-stock,
brushes.
Cytat z
Opowieści dla przyjaciela Haliny Poświatowskiej
Uprasza się o niewykorzystywanie do niecnych celów,
pod groźbą zesłania do Azkabanu.