Powrótniedziela, 23 stycznia 2011
Wnętrze wąskiego, długiego korytarza wypełniał mrok i ciche szuranie. Siedziała w najdalszym, najciemniejszym kącie, z głową opartą o chłodny ceglany mur. Aksamitna czerń jak nieprzenikniona zasłona odcinała zamkniętą przestrzeń pomieszczenia od świata na zewnątrz. Tam, gdzieś w głębi domu, za zamkniętymi drzwiami paliło się światło, toczyły się rozmowy. Tu nawet najcichszy dźwięk przybierał na sile, odbijając się echem od ścian i podłóg. Starała się nie poruszać. Na początku wydawało się to trudne. A teraz zdrętwiałe ciało przy każdej próbie drgnięcia wypełniało się nieprzyjemnym uczuciem mrowienia. Wcześniejszy bezruch wynikał z drażniącego bólu głowy, który nasilał się przy jakimkolwiek dynamiczniejszym manewrze górną częścią ciała. Teraz bolało już wszystko.
Szuranie umilkło na moment. Przedtem odległe i zduszone, teraz rozległo się znacznie bliżej. Słyszała wyraźnie przesuwanie niepozornych, koślawych stóp po sękatych deskach.
- Baltazarze.
Dźwięk ustał znowu.
- Sir?
Żałosny jęk, gdy próbowała rozprostować ścierpnięte kończyny. Ostrożny dotyk zimnych, kościstych palców na kolanach.
- Proszę spróbować teraz, sir.
Poruszała stopami. Ciarki przeszły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Dziękuję, Baltazarze.
Ciche klapnięcie, kiedy skórzaste uszy dotknęły podłogi, a stary kręgosłup trzasnął w głębokim ukłonie.
- Sądzisz, że już skończyli?
- Jeszcze nie, sir.
Trzecia godzina ciągnąca się w nieskończoność. Trzecia godzina znacznie chłodniejsza od dwóch poprzednich. Trzecia godzina, która wraz z każdą upływającą sekundą wysysała cząstkę cierpliwości zastępując ją gładką obojętnością.
Szuranie przeniosło się na schody i podążyło w dół, do kuchni, a za nim metaliczne stukanie. Baltazar znów wędrował po domu z całym swoim dobytkiem - masywnym, srebrnym świecznikiem owiniętym starymi gałganami i ukrytym w poplamionym worku. Tyle zostało mu po poprzednim właścicielu. Nie lubiła tego słowa tak samo jak faktu, że “odziedziczyli” Baltazara. Zupełnie jakby był jakimś starym bezużytecznym przedmiotem, który można przekazać komuś w spadku. Podział majątku dalekiego wuja Ambrozjusza przebiegła sprawnie. Im przypadł skrzat, stryj Amletus dostał kolekcję mugolskich znaczków, a ciotka Drusilla stary kufer. Zrujnowany dom wraz z obejściem w jakiejś zapadłej wiosce gdzieś daleko w Irlandii poszedł pod młotek. Nikt z rodziny, ani dalszej, ani bliższej, nie był zainteresowany rumowiskiem nadającym się jedynie do rozbiórki. I jeszcze ten okropny srebrny świecznik... Minęło wiele dni, nim udało się przekonać skrzata, by obwiązał kandelabr czymś miękkim. Wcześniej długimi godzinami wędrował po domu ciągnąc za sobą żelastwo niezabezpieczone w żaden sposób. Tępe uderzenia o drewniane schody jeszcze wytrzymywali, ale kamienna podłoga kuchni nie szczędziła wymyślnych, dręczących uszy uderzeń, brzęków i łoskotów. Po długich pertraktacjach Baltazar uległ prośbom, zapakował swój skarb w sprane prześcieradło i starą poszewkę. Kilka ukradkowych zaklęć wyciszających i zawiniątko wydawało już tylko głuche dudnienie. Nigdy jednak nie udało się przekonać Baltazara, aby w stosunku do ludzi używał formy innej niż sir. Dziesięciolecia spędzone w domu starego kawalera odcisnęły na skrzacie taki właśnie, niezatarty ślad.
Drzwi, pod którymi siedziała, w końcu uchyliły się nieznacznie. Spokojnie smutna twarz ojca pojawiła się w szczelinie.
- Nona, wejdź. Podjęliśmy już decyzję. Musimy porozmawiać.
Gdy jest się nieletnim czarodziejem, chcącym dotrzeć na drugi koniec Londynu, do miejsca, gdzie nie ma kominka podłączonego do sieci Fiuu i nie wie się nic o mugolskiej komunikacji, przedsięwzięcie to może okazać się niezwykle problematyczne. Zwykle w takich sytuacjach pojawiają się również dodatkowe komplikacje losowe. Korek, burza, brak parasola i daszku na przystanku. Jak dotąd na każdy tydzień sierpnia przypadała jedna burza. I to jedno burzowe popołudnie musiało w tym tygodniu wypaść dokładnie dziś, w porze, kiedy stała na przystanku, czekając na mugolski autobus, próbując dotrzeć na drugi koniec Londynu. W dłoni ściskała pomiętą kartkę z zapisanymi równiutko notatkami, z racji przymusowej kąpieli teraz już całkiem zamazaną i bezużyteczną. Naciągnęła na głowę kaptur, jakby w czymkolwiek miało to pomóc.
Od pół godziny mokła na wyludnionym przystanku oznaczonym tabliczką z nazwą, której nawet nie umiała poprawnie wymówić. W tym czasie obserwowany przez nią bez większego zainteresowania landrynkowo różowy samochód zdołał pokonać imponującą odległość pięćdziesięciu metrów i dojechać do najbliższego skrzyżowania, gdzie utknął na światłach. Temperatura powietrza znacznie spadła i w połączeniu z obfitymi opadami, wciąż lejącymi się z ciemnych chmur, mimo że gromy już dawno przeniosły się w inne miejsce, przyprawiały dziewczynę o dreszcze. Rytmiczne dudnienie kropli o samochody i liście drzew wprowadzało świat w stan leniwego letargu. Kłęby pary unoszące się nad studzienkami i gęstniejąca nad dachami mgła, czyniła przestrzeń zbiorowiskiem rozmytych kształtów i barwnych plam o zatartych konturach. Skupiła się na sygnalizacji świetlnej majaczącej nad skrzyżowaniem. Czerwone, żółte, zielone. To chyba miało mieć jakiś związek z tym, które samochody mogą jechać, a które nie. A i tak wszystkie stały. Kolejny bezużyteczny, mugolski wynalazek. Czerwone, żółte, zielone. Czerwone, żółte, zielone. Różowy samochód przejechał na drugą stronę ulicy. Minęło kolejne dziesięć minut, a na horyzoncie ani śladu autobusu. Przemoknięta do suchej nitki, usilnie starała się przezwyciężyć pragnienie powrotu do domu, gorącego prysznica i kubka parującej herbaty. Nie, to by zbytnio pokrzyżowało plany i świadczyło o braku woli walki i hartu ducha. Byle deszcz nie przekreśli jej wielkiego buntu. Uciekła z domu całe trzy godziny temu. Była głodna, zmarznięta, mokra i tkwiła na tym przystanku, jakby już zapuszczała korzonki. Czy tak właśnie miała wyglądać ta wielka eskapada pełna przygód? Nie, nie zupełnie. Poza tym, co to za ucieczka, skoro rodzice dokładnie wiedzieli, gdzie jest, dokąd się wybiera i kiedy wróci... To tylko nieistotne szczegóły. Dziwiło ją jednak, że uznali szwendanie się po mugolskim Londynie za mniej niebezpieczne niż wycieczkę do Hiszpanii. Jak wolą. Dobrze chociaż, że ta poranna sowa od stryja Amletusa uratowała ją przed siedzeniem w sklepie - zaprosili ją na noc do siebie, żeby zaznała trochę rozrywki. Stryj Amletus był najmłodszym bratem jej ojca, niezbyt urodziwym czarodziejem o dziwnych upodobaniach i nieodpartym uroku osobistym. Nikt nigdy nie odgadł, w jaki sposób zdołał przekonać do siebie Fabricię Hall, najładniejszą czarownicę na roku, mistrzynię szydełkowania i obcowania z mugolami. Najważniejszy był efekt, że po kilku miesiącach nudnych randek w zadymionych kawiarenkach, wzięli ślub. Dochowali się trójki dzieci, w tym przeuroczych bliźniaków, w wieku Aulusa, najmłodszego brata Nony, starszego od niej zaledwie o rok. Fabiola, urodzona pięć minut wcześniej niż Adrestus, była ulubioną krewną Nony i to jeszcze z czasów przed Hogwartem. Spotkanie z kuzynką zawsze wprawiało ją w dobry nastrój, choć dziś skutecznie tłumiony wilgocią przesiąkającą przez ubranie.
Czerwone, żółte, zielone. Światła dalej mrugały monotonnie, różowy samochód zniknął za zakrętem, a autobus nadal się nie pokazywał. Za to dobiegło ją jakieś nowe, irytujący odgłos, dość blisko, kilkanaście cali nad jej głową. Ledwie wyłowiła go z natłoku innych dźwięków, Wsłuchiwała się w niego przez chwilę, starając się określić, co może być źródłem. Stukanie deszczu o parasol. Zadziwiająco wyraźne. Parasol musiał być zaczarowany, wzmocniony kilkoma zaklęciami uszczelniającymi. Wtedy pojawiło się coś jeszcze. Wyraźnie czuła długie, szczupłe palce zaciskające się na jej lewym ramieniu. Odskoczyła jak oparzona, potykając się o kosz na śmieci i lądując w środku wielkiej kałuży tuż przy krawężniku. Zdawało jej się, że nie może być już bardziej mokra. Jak bardzo się myliła.
Przykucnął obok i uśmiechnął się przepraszająco. W miodowych oczach malowała się troska, gdy podał jej rękę i rozpostarł nad głową wielki, czarny parasol.
- Przepraszam, zapomniałem, że nie lubisz niespodzianek.
Pociągnął ją w górę, a upewniwszy się, że stoi pewnie na nogach, wręczył na chwilę parasol. Oniemiała, bez słowa sprzeciwu przytrzymała drewnianą rączkę. Sprawnie ściągnął bluzę i zarzucił na plecy dziewczyny. Wyciągnął rękę po parasol, jednocześnie zabierając jej torbę. Przerzucił ją przez ramię i szybkim ruchem przygarnął do siebie drobną, drżącą istotkę. Zamknął ją w szczelnym uścisku, próbując nieco ogrzać.
- Nie miałaś przypadkiem być w Hiszpanii? - rzucił z rozbawianiem, widząc jej niepewną minę i chwilowe skrępowanie sytuacją. W normalnych okolicznościach pewnie nie zbliżyłaby się bardziej niż na wyciągnięcie ręki, a teraz stała spokojnie, wtulona w niego i zupełnie nie protestowała. Odchyliła tylko nieznacznie głowę, żeby móc na niego spojrzeć. Był prawie o stopę wyższy, sięgała mu ledwie do podbródka.
- Miałam - odparła krótko, czując, że policzki zaczynają piec nieznośnie. Na pewno były już czerwone jak górne światło w mugolskiej sygnalizacji. - Nastąpiła drobna zmiana planów.
- I dlatego mokniesz na przystanku?
- A czy ty musisz tak wszystko wiedzieć? - Jego bliskość krępowała ją, mogła z powodzeniem wsłuchiwać się w spokojne bicie jego serca. Ale wrażenie dyskomfortu było niczym, w porównaniu z rozkosznym ciepłem promieniującym od niego. Pochłaniała je łapczywie każdym skrawkiem ciała, który się z nim stykał. Próbowała rozładować wewnętrzne napięcie patrząc gdzieś w bok, ale nie na wiele się to zdało. Brązowe tęczówki przyciągały jej wzrok jak miód pszczoły. Przeklinała w duchu swoją nieśmiałość i niezdecydowanie.
- Tak, raczej tak. To dość dziwne spotkanie, nie sądzisz? Spodziewałbym się ciebie na Pokątnej, ale tutaj...
- Właściwie mogłabym spytać cię o to samo - wtrąciła się w pół słowa. - Czemu mokniesz na przystanku w mugolskim Londynie?
- Nie moknę. - Pełne niedowierzania spojrzenie wywołało kolejny uśmiech. Szczupła twarz rozjaśniła się nikłym uśmiechem, gdy dostrzegł, że jej policzki pokryły nowe warstwy pąsów. Wyglądał trochę lepiej, niż ostatnio, chociaż oczy nadal miał zapadnięte i podkrążone, skóra zyskała nieco zdrowszego odcienia. - Nie moknę - powtórzył cicho. - Mam parasol - dodał z nutką ironii. - Ty też już nie mokniesz. Ale mokłaś. Dlaczego?
- Uciekłam z domu. A ty?
Lekko uniósł brwi, w wyrazie zdziwienia, ale nie wydawał się szczególnie poruszony tą informacją. To zbiło ją z tropu.
- Odwiedziłem babcię. - Zmarszczyła czoło, chyba chciała coś powiedzieć, ale przeszkodziło jej kichnięcie. - Na zdrowie. Więc uciekłaś z domu, tak? Po to, żeby się przeziębić? - zapytał, kręcąc głową z dezaprobatą. - Trzeba było chociaż sprawdzić wcześniej prognozę pogody.
Wzruszyła ramionami, zrobiła nadąsaną minę i próbowała odsunąć się, ale przytrzymał ją mocno. Pomna przepychanek w sklepie z kociołkami, nie próbowała oddalić się ponownie, natomiast groźnym mruknięciem dała znać, co sądzi na temat przytulania. Rozluźnił uścisk, podejrzanie zadowolony, poprawił torbę na ramieniu i uśmiechnął się zaczepnie. Cofnęła się o krok.
- Mam nadzieję, że niedługo wrócisz do domu. Twój brat trochę się martwi.
- Co? Skąd wiesz? - Zaskoczenie rozszerzyło źrenice, gdy przyglądała mu się podejrzliwie. Jego wesołość działała drażniąco, tym bardziej, że po odsunięciu się, została pozbawiona źródła ciepła. Miała niewymowną ochotę przysunąć się z powrotem, ale to byłoby trochę poniżej jej godności. Zadarła więc głowę, żeby zajrzeć mu w oczy i dowiedzieć się, co właściwie kombinował? Huncwotom nie należy ufać, nawet jeśli występują w pojedynkę, jest przy nich miło i przytulnie, a na dodatek mają tak cudownie brązowe oczy. Stop!
- Byłem dziś na Pokątnej, w księgarni. Zajrzałem do sklepu z kociołkami, żeby życzyć ci udanego wyjazdu. Ale zamiast ciebie był tam twój brat. Appius, tak? Powiedział, że uciekłaś z domu i powinnaś wrócić jutro rano, bo będziesz nocować u kuzynostwa.
Zdrajca, przemknęło jej przez myśl. Policzy się z ukochanym braciszkiem, jak tylko wróci do domu. Na wierzch mu wyjdą te błękitne ślepka, gdy dowie się, co można zrobić człowiekowi różdżką, nawet bez użycia czarów...
- Spektakularna ucieczka, co? - zaśmiał się pod nosem. - Dokąd właściwie się wybierasz?
- A co cię to obchodzi? - obruszyła się, ponieważ wyrwał ją z ponurych myśli. Opracowała już trzy pierwsze punkty planu zemsty i zastanawiała się nad głównym finałem.
- Zupełnie nic. - Znów ten przebiegły uśmieszek. - Tylko chyba nie doczekasz się autobusu. Ja już będę leciał.
Oddał jej torbę i wyciągnął rękę po bluzę. Zaskoczenie wymalowało na jej twarzy całkiem zabawną minę. Oddała mu okrycie, starając się zręcznie ukryć, z jak wielką niechęcią to czyni. Jednak nie wyszło to zbyt skutecznie. Wyraz zawodu w oczach i zaciśnięte usta zdradzały ją wyśmienicie. Znów drżała. Kichnęła w ramach protestu i pociągnęła nosem. Nawet nie odpowiedziała na pożegnanie, nie odprowadziła go wzrokiem. Rozpłynął się w strugach deszczu, podążając w bliżej nieokreślonym kierunku. Tupnęła ze złością, a woda rozprysła się w promieniu kilku metrów. Pech chciał, że stała w samym środeczku tej właśnie kałuży, w którą się wcześniej przewróciła. Po kostki w zimnej cieczy, ochlapana błotem po kolana. Zacisnęła dłonie w pięści i wsunęła je pod pachy, zakładając ręce na krzyż na wysokości klatki piersiowej. Wcale nie zrobiło jej się cieplej, o nie. Cienka spódniczka przykleiła się do nóg równie szczelnie jak włosy do twarzy. Tupnęła jeszcze raz. Minęły dokładnie cztery kwadranse i siedem minut odkąd pojawiła się na przystanku.
I znów to irytujące dudnienie nad głową. Rozbawione spojrzenie miodowych oczu, dłoń wyciągnięta w kierunku tabliczki ze znakiem przystanku. Popchnął ją lekko w stronę słupka i wskazał czerwony napis na białej tabliczce.
W czasie wakacji przystanek zlikwidowany. Miała ochotę się rozpłakać. Przecież w instrukcji od cioci na pewno był ten przystanek. No tak... ale czy jej czarodziejska rodzina zadała sobie odrobinę trudu, żeby sprawdzić aktualne mugolskie rozkłady jazdy komunikacji miejskiej? Wątpliwe, w najlepszym wypadku wątpliwe.
Znów zabrał jej torbę, przytrzymał nad głową parasol. Wrócił z tym samym przebiegłym uśmiechem. Podejrzewała, że odszedł najwyżej na kilka kroków i czekał spokojnie na rozwój wypadków. Typowo huncwockie zagranie. Posłusznie wsunęła ręce w rękawy szarej bluzy. Objął ją ramieniem i przytulił, ściskając zimną dłoń ciepłymi palcami.
- Nadal chcesz uciekać z domu? - zagadnął z miękkim uśmiechem, zastanawiając się, czy krople na jej policzkach to deszcz czy łzy. Odgarnął ciemne, niepokorne kosmyki przyklejone do czoła wilgocią. Pociągnęła nosem, odwracając wzrok.
- Tak - szepnęła gdzieś w przestrzeń. Wcale nie miała ochoty nigdzie uciekać. Tylko do domu, do ciepłego łóżka. Ale nie mogła się poddać, nie w takiej chwili. Jeśli teraz wróci, pomyślą, że jest rozhisteryzowaną nastolatką, która boi się nawet trochę zmoknąć.
- Uparta jesteś. Dokąd masz dotrzeć?
- A co za różnica? - Podała mu kartkę, z której właśnie znikał ostatni czytelny wyraz. - Nie wiem. Tu było wszystko napisane.
Rozejrzał się szybko dookoła, w zasięgu wzroku nie było żywego ducha. Wyjął z kieszeni różdżkę i jednym zaklęciem wysuszył świstek, przywracając treści czytelność. Na szczęście wyraźnie opisano tam cel podróży, zarówno ulicę, dzielnicę, jak i przystanek końcowy.
- Najszybciej będzie metrem. Dziesięć minut i jesteśmy na miejscu. Nie mogłaś od razu tak pojechać, zamiast stać tu i moknąć? - Obracał w dłoni różdżkę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Wreszcie schował ją do kieszeni i pokiwał głową.
- Nie mogłam - burknęła cicho, myśląc, co mogło go tak frapować.
- Czemu? - Wydawał się nie rozumieć odpowiedzi.
- Bo... - Ściszyła głos tak bardzo, że zagłuszył go szum deszczu. Pokręcił głową, ujął jej podbródek i przykucnął nieznacznie, żeby jego ucho znalazło się na wysokości ust dziewczyny.
- Jeszcze raz, odrobinkę głośniej.
- Bo nie umiem korzystać z metra.
Niepohamowany wybuch śmiechu z pewnością przyciągnąłby uwagę wszystkich przechodniów, gdyby jacyś pojawili się w jego zasięgu. Ale poza nimi na chodnikach nie było nikogo. Nawet korek zdołał się nieco przeluźnić i samochody sprawnie pokonywały skrzyżowanie.
- To dziecinnie proste. Po to są mapy, rozkłady i informacja. Niektórzy mugole też potrzebują w tym pomocy. Żaden wstyd - wyjaśnił spokojnie. Schował kartkę do kieszeni, chwycił dziewczynę za rękę i przyciągnął do siebie. - Jadę w tym samym kierunku.
- Metrem? - zdziwiła się.
- Normalnie teleportowałbym się prosto do domu, ale dziś mogę zrobić wyjątek. To nie problem - dodał, widząc, że już chciała zacząć się wykręcać. - Musimy zejść tam na dół, kupić bilety i wsiąść do pociągu, cała filozofia. Tylko pilnuj, żeby się gdzieś nie zgubić. Nie będę cię szukał po całym metrze - zakończył z uśmiechem, który świadczył o czymś zupełnie innym niż ostatnia deklaracja. Chciał pociągnąć dziewczynę za sobą, w kierunku zejścia na peron, ale nawet nie drgnęła.
- Remus... - zaczęła cicho. Wolną rękę wsunęła do kieszeni jego bluzy. Rękawy śmiesznie układały się w okolicach łokci, były w końcu sporo za długie.
- Tak? - zachęcił delikatnie, dostrzegając cień wahania na jej twarzy.
- A mógłbyś nieco... mnie wysuszyć? Tak jak tę kartkę...
I znów ten huncwocki uśmiech, który nie zwiastował niczego dobrego.
- Nie - odparł gładko. Kąciki ust zadrżały, gdy zrobiła zdziwioną minę.
- Dlaczego? Chcesz, żebym się przeziębiła?
- Nie bierz mnie na litość. Mam swoje powody. Wtedy nie byłabyś skłonna zgodzić się na to. - Przytulił ją mocno. Znajome ciepło przepłynęło przez całe jej ciało, wywołując błogi uśmiech zadowolenia i dreszcz przyjemności. Była w tym jakaś prawda.
- Chociaż włosy - poprosiła nieśmiało, czując, że znów się czerwieni. I miała to w nosie. Westchnął teatralnie, wyciągnął różdżkę i lekko stuknął ją w czoło. Włosy owszem, wyschły. A na dodatek utworzyły wokół głowy brązową, błyszczącą aureolę loków. Dziewczyna rzuciła okiem na swoje odbicie w najbliższej witrynie sklepowej. Spojrzenie, które posłała Lupinowi, mogło paraliżować.
- Zrobiłeś to specjalnie.
- Oczywiście. Jeśli ci się nie podoba, wystarczy kilka minut na deszczu i wrócisz do stanu sprzed zaklęcia. - To mówiąc, puścił jej rękę i z głośnym śmiechem skierował się do zejścia do metra.
- Poczekaj - zawołała za nim, w duchu zastanawiając się, skąd w tak miłym człowieku biorą się te drobne, żartobliwe złośliwości. Odpowiedź przyszła natychmiast - był Huncwotem. Mógł sobie siedzieć całe dnie z nosem w książkach i udawać, że jest spokojnym kujonem. Nie, on nie udawał spokojnego, on był spokojny i całkiem zrównoważony. A na dodatek miał w sobie duszę Huncwota. Mieszanka wybuchowa.
Zbiegła po schodach, rozglądając się za nim w popłochu. Wkraczała na obce terytorium i wolała nie robić tego bez wsparcia. Obrzuciła peron uważnym spojrzeniem. Nigdzie go nie było. Już miała zacząć wołać, gdy schodząc z ostatniego stopnia wpadła prosto na niego.
- Miałaś się pilnować. Chyba jest na to tylko jeden sposób.
Wręczył jej złożony parasol i chwycił za wolną rękę. Tak, pretekst wydawał się dobry. Nie napotykając na opór z jej strony, ruszył przed siebie.
Zatrzymali się przed wysokim, szarym budynkiem, ewidentnie zamieszkanym przez mugoli. W tej części Londynu burza była już tylko odległym wspomnieniem, po którym zostało kilka kałuż i zapach wilgoci w powietrzu. Przechodnie przyglądali się nieufnie zmokniętej parze, kombinującej coś z pękiem kluczy przy zamku głównych drzwi. Chłopak ukradkiem wydobył różdżkę i jednym skutecznym zaklęciem szybko rozwiązał problem. Wspięli się po schodach na drugie piętro. Ponura, zaniedbana klatka schodowa pachniała starością i stęchlizną. Masywne, brązowe drzwi prowadzące do mieszkania nie ustąpiły już tak łatwo, najwyraźniej opatrzone stosownym zaklęciem. Dobre pięć minut zajęło odnalezienie właściwego klucza, ponieważ oczywiście schował się gdzieś pomiędzy innymi. Przedpokój był wąskim, długim, ciemnym pomieszczeniem, z taką mnogością drzwi, jakiej Nona jeszcze nigdy nie widziała w jednym miejscu, no może oprócz banku Gringotta. Remus jakoś nie śpieszył się z wejściem do środka. Sięgnął po parasol i wyraźnie zamierzał się ulotnić.
- Nie wejdziesz?
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł - zaczął nieco skrępowany.
- Nikogo nie ma. I chyba nikt się nie pojawi – dodała, wyciągając rękę po białą kopertę połyskującą w mroku magicznym światłem - na wszelki wypadek, żeby nie została przeoczona zabezpieczono ją zaklęciem. - “Kochana kuzynko, w ostatniej chwili zmieniły nam się plany. Na stole w kuchni masz zapas książek i mugolskich filmów z instrukcją obsługi wideo. Widzimy się jutro, wpadniemy w porze obiadu. W lodówce kolacja. Kochamy, Fabiola i reszta.” - przeczytała na głos. - Znów spędzę wieczór z mugolskimi romansami - westchnęła zrezygnowana. - Tak kończy się moja wielka ucieczka z domu. Może jednak wejdziesz i dotrzymasz mi towarzystwa?
Uśmiechnął się nieznacznie. Przestąpił próg i zapalił różdżkę. Wspólnymi siłami odszukali włącznik światła. Dobrze, że Remus chodził kiedyś na zajęcia z mugoloznastwa. Sporo wiedział o życiu i zwyczajach mugoli. To pozwoliło w miarę szybko opanować sytuację. Nona natomiast nie posiadała w tym zakresie prawie żadnej wiedzy, co ze wstydem przyznała, zastanawiając się, co to właściwie jest lodówka.
- Możesz mi w takim razie wytłumaczyć, co w czarodziejskiej rodzinie robi mugolskie mieszkanie? - podjął z entuzjazmem, niezrażony nieudanymi próbami zapalenia gazu pod czajnikiem. W końcu poddał się, wyczarował w zlewie przenośne ognisko i ustawił na nim naczynie.
- Ciotka Fabricia była kiedyś wielbicielką mugoli. Opiekowała się jakąś wiekową czarownicą mugolskiego pochodzenia, do której należało to mieszkanie. Starsza pani z wdzięczności i braku innej rodziny w testamencie uwzględniła więc tylko ciotkę. Cała historia. Ta pani była ponoć wielkim autorytetem w dziedzinie mugoloznastwa. Mieszkanie jest zachowane w niemal nienaruszonym stanie, z wyjątkiem paru nowinek technicznych i zaklęć zabezpieczających. No i trochę powiększone. Nikt tu nie mieszka na stałe.
- Całkiem przytulne. - Rozejrzał się po kuchni. Utrzymana w ciepłych, pastelowych barwach sprawiała wrażenie bardzo staromodnej, z ręcznie robionymi serwetkami poutykanymi na wszystkich wolnych przestrzeniach.
- Może i przytulne, ale nie ma kominka.
- Kominka? - zdziwił się.
- Kominka - powtórzyła, jakby to było oczywiste. - No tak... A myślisz, że czemu czekałam na autobus?
- No tak. - Wreszcie dotarło znaczenie kominka. - Jeszcze cały rok bez magii poza szkołą?
- Żebyś wiedział. To strasznie irytujące. Szczególnie, że w domu wszyscy mogą, a ja jedna nie. Niepotrzebna uciążliwość.
- Nie mogłaś wezwać Błędnego Rycerza? Byłoby znacznie szybciej.
Pokiwała głową.
- Właśnie o to chodzi. Za szybko. Mam... - zatrzymała się, szukając odpowiednich słów - zbyt wrażliwy żołądek na takie atrakcje.
Zaśmiał się. Przez myśl przebiegło jej, że robi to dość często, na dodatek tak naturalnie i radośnie, a wcześniej przypuszczała, że bywa dość ponury. Woda w czajniku zabulgotała, przez dzióbek wydobył się potworny gwizd.
- Pora na herbatę? - Za pomocą różdżki uniósł czajnik ponad ogniem i przechylił najpierw nad jednym, potem nad drugim kubkiem.
- W zasadzie to jestem głodna. I nadal cała mokra. Pójdę pod prysznic. Wrócę zanim herbata wystygnie. Masz coś przeciwko?
- Nie, nic, a nic - odparł z dziwnym uśmieszkiem. Próbowała nie zwrócić na to uwagi, ale w końcu zmarszczyła brwi i usiadła obok niego.
- Coś kombinujesz - stwierdziła stanowczo. Uśmieszek pogłębił się, w miodowych oczach zatańczyły psotne błyski.
- Nic a nic.
- I myślisz, że ci uwierzę?
- Nie.
Wyciągnął rękę i założył jej za ucho jeden z ciemnych loków. Instynktownie przysunęła policzek do ciepłej dłoni, mrużąc oczy i uśmiechając się ledwo zauważalnie. Dotknął opuszkiem palca jej nosa i przesunął powoli aż na brodę. Zadrżała.
- Tak też sądziłem. Herbata ci stygnie - rzucił niby od niechcenia, sięgając po pierwszą napotkaną książkę. Jakiś mugolski romans. Przeczytał trzy zdania i zrezygnował.
- Tobie też. Poszukaj w tej... lodówce czegoś do jedzenia, dobrze?
Gorący prysznic to było dokładnie to, czego potrzebowała. Nie zawracając sobie głowy rozczesywaniem włosów, wycieraniem ich, owinęła je ręcznikiem, zarzuciła na ramiona puchaty szlafrok i na palcach przemknęła do jednej z sypialni. Kiedyś zostawiły tu z Fabiolą karton ubrań, tak na wszelki wypadek, taki jak ten właśnie. Wygrzebała na dnie jakieś w miarę znośne spodnie dresowe i koszulkę, i starannie zamknąwszy drzwi, przebrała się szybko. Wróciła do kuchni, gdzie Remus podejmował kolejną próbę wczytania się w odrzuconą poprzednio książkę.
- Nie dasz się pokonać?
- To tylko książka - mruknął pogardliwie, z wyrazem najwyższej irytacji.
- Z pierwszym jest najgorzej, kolejne połykasz jednym tchem i nawet nie orientujesz się, kiedy się uzależniasz - rzuciła żartem, kładąc dłoń na jego ramieniu. - Miałeś poszukać czegoś do jedzenia. Ja boją się tych mugolskich wynalazków.
Skinął nieznaczenie w stronę talerza pełnego kanapek. Nawet nie oderwał wzroku od książki, aż do momentu, gdy zaczęła machać mu przed nosem plasterkiem sera.
- Możesz ją sobie wziąć. A teraz chyba wypadałoby coś zjeść, to już pora kolacji.
Postawiła na stole dwa kubki z herbatą i zaczęła wyrywać mu książkę. Najpierw rzucił jej niechętne spojrzenie, ale zaraz potem podjął zabawę. Po kilku minutach śmiechów, przewracania i łaskotek, leżeli na podłodze, oddychając ciężko. Chłopak dzierżył w wyciągniętej w górę ręce otwartą książkę, drugą przytrzymując dłonie próbujące mu ją wytrącić. Plątanina brązowych włosów zakryła mu twarz, gdy ich właścicielka wyswobodziła się i próbowała podnieść. Lekko przydusił ją łokciem, niemal całkowicie unieruchamiając. Gdy wydała zduszony jęk bólu, natychmiast puścił ją i podniósł się, żeby sprawdzić, czy nic jej nie dolega. Tylko na to czekała. Podcięła go, powalając na kolana, szarpnęła za rękaw i przycisnęła do podłogi. Książka poleciała gdzieś daleko w kąt, ale to było nieważne. Dalsze przepychanki trwały jeszcze dobry kwadrans.
Krajobraz po bitwie nie oddawał nawet połowy zmagań, jakie miały miejsce między stołem w kuchni, a kanapą w salonie. Remus siedział na podłodze, wsparty plecami o wielką poduszkę przyciskał do skroni woreczek z lodem. Pojękiwał cicho. Nona przeszukała wszystkie szafki, mając nadzieję natrafić choć na paczkę plastrów. Na szczęście domowa apteczka była dobrze zaopatrzona, zarówno w środki magiczne, jak i mugolskie.
- Pokaż to - rozkazała głosem nieznającym sprzeciwu, delikatnie odsuwając jego rękę od czoła. Otworzył oczy i z niepewnością przyglądał się, jak nabiera z pękatej butelki kilka kropli jakiejś zielonkawej mazi, z wyraźnym zamiarem przyłożenia do sińca na jego głowie. Odsunął się gwałtownie, czując pieczenie, ale przytrzymała go zdecydowanie.
- To tylko małe rozcięcie i siniak. Zaraz będziesz jak nowy.
Burknął coś z powątpiewaniem, ale rzeczywiście ból zelżał, by po chwili zniknąć zupełnie. Poprawił się na poduszce i ze zdziwieniem przypatrywał się, jak wyciągnęła z tekturowego pudełeczka jakieś mugolskie tabletki przeciwbólowe.
- Nie lepiej eliksir?
- Są delikatniejsze, nie drażnią mi żołądka - rzuciła trochę poirytowana.
- Gdzie cię boli? - zapytał z troską w głosie.
- Głowa. I jeszcze to. - Podniosła rękę i wskazała na spore, czerwone stłuczenie na łokciu. Obrysował kontury siniaka palcem, podmuchał i pocałował lekko.
- Lepiej?
- Lepiej. Mama zawsze tak robiła. - Uśmiechnęła się promiennie. Ból nie zniknął, ale to nie było istotne. Obserwowała jak przechylił buteleczkę, wstrząsnął, gdy gęsty eliksir nie chciał wypłynąć, ostrożnie wmasował ciecz w obrzęknięte miejsce.
- Moja też - dodał po dłuższej chwili milczenia. - Może teraz na spokojnie wrócimy do herbaty?
- Jestem za.
- Nona. Nona! Gdzie jesteś?
Głęboki, męski głos przebarwił się nutą zniecierpliwienia. Dziewczyna niechętnie podniosła głowę i wsłuchiwała się w dudnienie ciężkich kroków o deski podłogi. Sekundę potem zerwała się na równe nogi. Szarpnęła Remusa za rękaw, a gdy nieprzytomnie powiódł zamyślonym wzrokiem po pokoju, pociągnęła go gwałtownie w górę. Efekt nietrudno było przewidzieć. Nie miała dość siły, by go dźwignąć, z cichym jękiem wylądowała wprost na nim. Uśmiechnął się sennie, odłożył na bok książkę i wstał.
- O co chodzi?
- To Appius - wyjaśniła szeptem, jednocześnie popychając go przez salon do przedpokoju. Wyjrzała ostrożnie zza framugi. Brata nie było na horyzoncie, musiał wejść do któregoś z pokoi. Stąpając najciszej jak umiała, przesunęła się w kierunku drzwi na końcu korytarza. Chłopak podążył za nią, również starając się nie hałasować. Nie do końca rozumiał, o co chodziło, mugolski romans niemal go uśpił, cała sytuacja wydawała się jednak zabawna.
- Nona! Wiem, że tu jesteś. Przestań bawić się w chowanego i wyłaź.
W duchu już widziała zalążki złości odbijające się w błękitnych oczach brata. Wśliznęła się do ciemnego pokoju, wciągając Remusa za sobą. Z całą stanowczością, na jaką mogła się zdobyć, wskazała olbrzymią szafę i nakazała mu milczenie. Musiał użyć naprawdę całej siły woli, żeby nie parsknąć śmiechem.
- Jak w dobrym mugolskim romansie. Kochanek ukryty w szafie - żartował, gdy usiłowała upchnąć go wśród starych futer. Nie opierał się za bardzo, ale nie mógł odmówić sobie zerknięcia na jej pełną skupienia twarz. A jednocześnie wydawała się spłoszona i podenerwowana, jak dziecko przyłapane na wykradaniu ciastek przed obiadem.
- Siedź tam cicho, niedługo wrócę. A najlepiej aportuj się stąd, jeśli nie chcesz, żebyśmy mieli kłopoty.
- Kłopoty? - podłapał z łobuzerskim uśmiechem, nim zdążyła starannie zamknąć drzwi.
- Nona! O tu jesteś. - Appius wpadł do pokoju dokładnie w chwili, gdy w szafie coś puknęło. Odgłos zagłuszyło skrzypienie starych desek i dziewczyna miała cichą nadzieję, że brat niczego nie usłyszał. Bo jeśli...
- Z kimś rozmawiałaś? Wydawało mi się, że słyszałem jakiś obcy głos. - Pieszczotliwie potargał jej włosy, drugą ręką odciągając ją od wielkiego mebla. Dostrzegł kątem oka rys przerażenia, malujący się na jej twarzy. - Ukrywasz tam kogoś? - zaśmiał się. - Mugolskiego kochanka? Nie sądzisz, że jesteś za młoda na takie numery?
Z impetem otworzył drzwi szafy. W środku było pusto, nie licząc oczywiście masy historycznych strojów i kożuchów zwisających smętnie na wieszakach.
- Kto tam był? - spytał z rosnącym zainteresowaniem. Siostra wyraźnie coś ukrywała.
- Po co właściwie przyszedłeś? - próbowała zmienić temat. Wyszła z pokoju i bez zbędnych wyjaśnień skierowała się do kuchni. Appius niemal deptał jej po piętach, ze słodko-ironicznym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Sprawdzić, czy wszystko w porządku. Martwiliśmy się trochę - dodał z rozbawieniem. Nona nadal zachowywała się podejrzanie, zerkając ukradkowo to w jedną, to w drugą stronę.
- Szczególnie ty. Pewnie przez cały dzień podrywałeś klientki albo ich matki, tym swoim obliczem cherubinka - mruknęła z rozdrażnieniem. - Jestem zmęczona, chcę iść spać.
- O tak, widzę. Sądzę jednak, że przeszkodziłem ci w czymś innym niż wyprawa do łóżka. I to chyba nie miała być samotna wycieczka, co? - Wskazał dwa kubki stojące na podłodze koło kanapy w salonie. Nona ze świstem wypuściła powietrze. Jaka była głupia! Czemu nie sprzątnęła szybko tych oczywistych dowodów zbrodni? Wystarczyło wepchnąć je między poduszki i nic by się nie wydało. Oczywiście nie działo się nic, co mogło by się wydać, ale ze starszym rodzeństwem nigdy nie ma pewności - co pomyślą, jak zinterpretują fakty. Chłopak schylił się pod stół, by wyciągnąć coś ciężkiego i postawić na blacie. Wydobył z wnętrza torby pierwszą napotkaną książkę.
- Teoria transmutacji dla zaawansowanych. Właściciel: Remus J. Lupin. Więc raczej nie należy do ciebie. To pan Lupin dotrzymywał ci dziś towarzystwa? - Usiadł na krześle i zaczął się śmiać. Przez kilka długich minut nie mógł powstrzymać niepohamowanego wybuchu rechotu. - I jego władowałaś do szafy? To jeden z tych chłopaków od śpiewającego kociołka, ten szatyn?
Musiała skapitulować. Pokiwała głową, a jej policzki czerwieniły się coraz mocniej. Po chwili wyglądała jak urodziwy buraczek. Wlepiła wzrok w swoje bose stopy i założyła ręce na piersi.
- Już się nacieszyłeś? Będziecie mieli ubaw przez dobre pół roku, co?
Pokręcił głową przecząco.
- Co najmniej okrąglutki rok. Kazałaś mu się aportować, co?
- A co miałam zrobić? Siedzieć spokojnie i czekać, aż nas znajdziesz?
- Wtedy nie miałbym podstaw do podejrzeń, że poczynaliście coś niecnego. - Zmarszczył brwi, nadal chichocząc pod nosem. Starał się przybrać poważny wyraz twarzy, żeby wyglądać wiarygodnie jako starszy brat strofujący młodszą siostrę. - Chyba musimy poważnie porozmawiać.
- O czym?
- Wiesz, co mam na myśli. Nie sądziłem, że padnie na mnie, ale niech będzie. Nadeszła pora, żebyś dowiedziała się, skąd biorą się mali czarodzieje. Choć może lepiej będzie, jeśli opowie ci o tym mama.
Tym razem to Nona wybuchła śmiechem, tak donośnym, że zatrzęsły się szybki w kuchennych szafkach. Gdy zdołała złapać oddech, trzymając się za bolący ze śmiechu brzuch, usiadła na podłodze.
- Dwie sprawy. Czy ty sądzisz, że ja nie wiem, skąd się biorą dzieci? Może łaskawie pomyślisz, ile mam lat. I druga kwestia - sądzisz, że my moglibyśmy tu... To niedorzeczne, Ap, kompletnie. Spokojnie czytaliśmy książki - wyjaśniła trzęsąc się jeszcze przez dobrą chwilę.
- Więc nic nie zaszło? - Podejrzliwe spojrzenie niebieskich oczu prześwietliło ją na wylot. Zdecydowanie pokręciła głową.
- Absolutnie nic.
- Więc dlaczego wepchnęłaś go do szafy? - Nie odpuszczał, przewiercając ją wzrokiem.
- To przesłuchanie? Zestresowałam się.
- Załóżmy, że ci wierzę. Ale to tylko założenie... Za to jaki ubaw będą mieli Atilius i Aulus. Boki zrywać.
- Nie zrobisz mi tego. Nie dadzą mi żyć. Appius, nie będziesz taki wredny - rzuciła zrozpaczona, wyobrażając sobie, że już słyszy żartobliwie złośliwe docinki braci. - Nie możesz.
- Mogę. A na dodatek czeka cię pogadanka na temat odpowiedzialności. Cała ta ucieczka, potajemna schadzka... I dziwisz się, że nie chcieli cię puścić do Hiszpanii, skoro potrafisz tyle nabroić w jeden dzień w samym tylko Londynie?
Wyciągnął różdżkę, jednym zaklęciem uprzątnął niewielki bałagan, który Nona i Remus zdążyli niechcący zrobić. Drugim zmniejszył ich torby i wsunął do kieszeni.
- Konfiskata dowodów do czasu wyjaśnienia sprawy.
- Nie możesz.
- Mogę - uśmiechnął się zjadliwie. W błękitnych oczach tańczyły psotne błyski. - Nie tylko mogę, ale i muszę. Taka moja niewdzięczna rola, jako starszego brata. Wszystko dla twojego dobra, a ty tego nie doceniasz...
Adres na kopercie napisany był czytelnie, ale w wielkim pośpiechu.
Nona Tyndale, Pokątna 1, Londyn. Rozharatała dłuższy bok różdżką i niecierpliwym ruchem wydobyła ze środka równo złożony pergamin. Rozpostarła go na poduszce i przeczytała łapczywie.
Witaj!
Mam nadzieję, że nie masz żadnych problemów w związku z tą niespodziewaną sytuacją. Próbowałem teleportować się z powrotem, żeby sprawdzić, jak się masz, ale szafa zabezpieczona jest zaklęciem. Serdecznie przepraszam, za wszelkie kłopoty. Daj znać, jak się sprawy mają.
Pozdrawiam, Remus.
PS. Transmutacja i pozostałe rzeczy nie będą mi na razie potrzebne, nie musisz się tym przejmować. Zdążyłem zabrać ten mugolski romans, więc na razie mam, co czytać. RJ. Złożyła list i umieściła w kieszeni spodni. Usiadła na poduszce, pamiętające poranne zesztywnienie, które długo nie chciało jej opuścić. Zdmuchnęła świeczkę, pogrążając wnętrze korytarza w głębokiej ciemności.
Baltazar znów tłukł się schodami w dół, tym razem zwołując całą rodzinę na kolację. Musiał dochodzić już do kuchni. Z trudem podniosła się i przechyliła nad drewnianą balustradą. Piętro niżej ciemność nie była już tak nasycona, przechodziła w kłębiasty półmrok, by na samym dole rozproszyć się w świetle świec w przedpokoju. Panowało tam dziwnie radosne podniecenie. Zaskrzypiały drzwi i do środka wsunęła się ukradkiem wysoka, szczupła sylwetka. Jasne włosy zalśniły odblaskami płomieni. Brązowe oczy przeczesały ściany i schody w poszukiwaniu kogoś z domowników. Stary skrzat zatrzymał się przy wejściu do kuchni i skłonił do ziemi.
- Jest pan w samą porę na kolację, panie, sir.
- Dziękuję, Baltazarze.
Ciężkie kroki wspinające się po schodach. Zręcznie omijał wyszczerbione stopnie, przeskakiwał nad wyłamanymi. W mgnieniu oka znalazł się na najwyższym piętrze. Zrzucił z ramion przepastny worek marynarski i porwał dziewczynę do góry. Uściskał mocno i gorąco. Tak dawno jej nie widział.
- Siostrzyczko.
- Ati, co tu robisz? – wykrzyknęła z radością. Wieki minęły, odkąd ostatnio się do niego przytulała. - Sądziłam, że przed końcem wakacji nie ruszysz się z tej swojej walijskiej kryjówki.
- Żadnej kryjówki, kochana. Maskujemy się tylko przed mugolami. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakich trzeba zabezpieczeń, żeby utrzymać ich z daleka od naszego boiska. Niektórzy są potwornie ciekawscy. Jestem, ponieważ mam pewną propozycję, właściwie nie do odrzucenia, związaną z moją Walią, jak to określiłaś.
- Możesz mówić jaśniej? - podłapała z ciekawością.
- Appius wysłał mi pewien list. Niezła akcja z całą tą ucieczką i mugolskim kochankiem. Lepsze z ciebie ziółko, niż sądziłem.
- Możesz wrócić do swojej propozycji? - Zmarszczyła nos z niezadowoleniem. Appius działał szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Postanowiła powrócić do knucia planu zemsty, gdy tylko Atilius przedstawi swój pomysł. Z zachwytem wpatrywała się w jego brązowe loki, wirujące dookoła głowy. Największe wrażenie robiły, gdy latał na miotle. Wtedy wiatr rozwiewał je we wszystkich kierunkach, giął i mierzwił. Oprócz rozkosznie poplątanych włosów miał niepokojąco błyszczące oczy, chytry uśmieszek czający się w uniesionych kącikach ust i niecałe dwadzieścia dwa lata. To chyba po nim odziedziczyła zamiłowanie do mioteł i quidditcha.
- Co powiedziałabyś na małą wycieczkę połączoną z porządnym treningiem quidditcha?
***Kochani moi wszyscy!
Bardzo dziękuję za wszelkie komentarze i ulubienia. Nie macie pojęcia, jak to miło, że komuś podoba się to, co wychodzi z mojej głowy.
Szczególne podziękowania dla moich kociołkowych ekspertów: Magdy, Oli i Kasi. Dziewczyny, jesteście niezmordowane... Podziw, że nadal chce Wam się wczytać moje twory.
Pozdrowienia serdeczne.
Gosia
komentarze, 5,
dodaj komentarz5 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
c&c niedziela, 23.stycznia.2011, 10:15 212.244.6.202
|
|
|
Taaaak. Ja też jestem pełna podziwu, że wciąż chce mi się czytać Twoje twory, Siostra. Ile to już? 6, 7 lat? Ech ^_-
Ogólnie to wystarczył mi fakt, że w notce pojawił się Appius i reszty nie musiałam czytać, ha! xP Ale ten drugi braciszek też niczego sobie. I wydaje się być odrobinę milszy od starszego przystojniaka. I ten quidditch! Och i ach! (Swoją drogą, genialne imiona! Język sobie można przy nich połamać, wiesz?) Szkoda tylko, że wizyta Appiusa zniszczyła taki fajny wieczór w towarzystwie Lunatyka. Mugolski romans mógłby wyjść z kartek choćby na chwilkę xD
(A! Jak dla mnie oczywiście znów opisy przydługawe, ale Ty doskonale znasz moje zdanie w tym temacie ^^)
PłomyK ^^.
|
|
Perfect. niedziela, 30.stycznia.2011, 17:05 87.198.21.108
|
|
|
Nie chce mi się logować, wybacz.
Mówiąc szczerze i bez ogródek - Twój kociołek to moje ulubione potterowskie opowiadanie. Uwielbiam Twoje opisy i bohaterów (zakochałam się w Lupinie) i tworzysz taki świat śliczny i cudownie magiczny, że moje (po)twory mają ochotę wskoczyć z powrotem do szuflady.
Pozdrawiam ciepło, Perfect!
|
|
meadowes- niedziela, 30.stycznia.2011, 22:54 85.28.132.73
|
|
|
U mnie pojawiła się nowa notka. Z Twoją uporam się w najbliższym czasie, jako że właśnie zaczęły mi się ferie, a na chwilę obecną kompletnie nie mam mocy. :P
Pozdrawiam,
Aśka.
|
|
lily-i-james czwartek, 3.lutego.2011, 17:13 89.171.23.25
|
|
|
Zgadzam się, z tego się nie wyrasta :) jak już tyko ułożę jakoś swój nowy plan działania i napiszę coś sensownego, na pewno przeczytam-myślę, że będzie to koło północy. Właściwie to nie dziękuję i mam nadzieję, na dobrą zabawę-bez 100 opakować chusteczek w torebce, gdyż jestem chora. Weny!
|
|
Kameo. piątek, 4.lutego.2011, 12:14 89.171.23.25
|
|
|
Przeczytałam faktycznie w nocy, ale piszę rano. Bardzo ciekawie przedstawiasz postać Remusa i Nony. Ale szczególnie Remusa, niezwykle zgrabnie Ci to wychodzi! Czekam na więcej i więcej! :) I podoba mi się jej brat...
PS Ktoś już chyba pisał o długich opisach...i czasami są naprawdę długie, ale podejrzewam, że już taki Twój styl pisania. Myślałam, że jest 5 rozdziałów, a tutaj tylko 3 :(
|
Szablon wykonałam
ja, tylko dla
siebie.
Credits:
Brandon Warren,
dollieflesh-stock,
brushes.
Cytat z
Opowieści dla przyjaciela Haliny Poświatowskiej
Uprasza się o niewykorzystywanie do niecnych celów,
pod groźbą zesłania do Azkabanu.