Powrót

4. Chyży z Caldicot i lemoniada na zachętę


sobota, 5 lutego 2011

    Wiatr we włosach, słone powietrze pachnące wolnością i niepohamowany niczym krzyk zachwytu, który sam wyrwał się z piersi. Rozpostarła ręce i odwróciła się twarzą ku morzu, pozwalając zimnym porywom chłostać zaczerwienione policzki. Lodowata woda obmywała bose stopy, twardy piasek był jedynym ogniwem łączącym ją z przyziemnością. Duchem wędrowała już tam daleko, tam wysoko, w różowiejących wschodem słońca pasmach chmur o poszarpanych brzegach, otulających ogrom nieboskłonu. Purpurowa tarcza zabłysła nad horyzontem, spowita drżącą poświatą własnego blasku odbitego w lustrzanych powierzchniach zatoki. Blade mgły rozpraszały się w promieniach brzasku ustępując miejsca rodzącemu się do życia dniu. Jak każdego poranka od stworzenia świata nad urwiskiem klifu rozległo się żałosne kwilenie mew. Białe skrzydła połyskiwały rubinowo skąpane pierwszymi lśnieniami świtu. Przestrzeń wypełniona swobodą i radością istnienia przytłaczała nienawykłe do takiej mocy odczuć dziewczęce serce. Gwałtowny podmuch wilgoci załopotał w miękkiej tkaninie, nim zerwał z jej ramion siwy szal. Poniósł go przez plażę, unosząc ku niebu, by w końcu delikatnie opuścić owijając wokół wystających skał nabrzeża.
  Podniósł szarą chustę, otrzepał z drobin pyłu i suchych źdźbeł trawy. Podszedł do dziewczyny, nadal milcząco wpatrującej się w przestrzeń. Owinął jej szyję połyskliwą materią i przysiadł na piasku. Złapał siostrę za rękę i mocno pociągnął w dół, zmuszając, aby zajęła miejsce obok niego.
    - Warto było? - zapytał głośno, starając się przekrzyczeć szum wiatru.
    - Warto.
  A tak się wzbraniała, gdy obudził ją w środku nocy, kazał się ubrać i szybko spakować. Zupełnie nieprzytomna niemal mechanicznie wykonywała polecenia. Ciągle ją pośpieszał, wyraźnie podekscytowany wyprawą. Było za wcześnie na śniadanie, wypili więc tylko herbatę przyniesioną przez Baltazara.
    - Dokąd mnie ciągniesz? - Całkowicie zaspana, z oczami niemal zamkniętymi, dała się wyprowadzić do ogródka. Jednym ruchem różdżki zmniejszył ich bagaże i wrzucił do kieszeni bluzy. - Potrzebuję spać.
    - Chcę ci coś pokazać.
  Złapał ją wpół, ciasno owijając ramieniem, żeby przypadkiem nie wyśliznęła się w czasie teleportacji. Kiedyś już popełnił taki błąd. Uzdrowiciele w Mungu składali ją przez tydzień. Nadal miała długie, głębokie, nierówne blizny na lewym ramieniu i prawym kolanie. Zawsze, gdy na nie patrzył, przeklinał się w duchu za nieostrożność.
    - Gotowa?
  Odpowiedział mu tylko niewyraźny pomruk. Powietrze rozdarł krzyk przerażenia, zdławiony cichym pyknięciem urwał się tak samo gwałtownie jak pojawił. Ciemności przydomowego ogródka zastąpiła szarość nadmorskiej plaży. Minęło dobrych kilka minut nim dziewczyna zdołała stanąć o własnych siłach i opanować krążące w żołądku sensacje.
    - Nigdy więcej tak nie rób. Nie, kiedy jestem półprzytomna.
    - Przepraszam. A teraz daj rękę i chodź, uważaj na kamienie.
  Potykając się raz po raz, podążyła za nim przez mgłę. Zatrzymał się po dwóch kwadransach marszu, kazał jej zdjąć buty i iść przed siebie, aż do brzegu morza. Zapewnił, że będzie niedaleko, ale powinna to przeżyć w samotności. Puścił jej dłoń i odszedł w głąb plaży, znikając w kłębiastych białych oparach.
  Ostrożnie, krok za krokiem posuwała się przed siebie, coraz wyraźniej słysząc szum fal. Wszystko było szarobłękitne, spowite obłokami porannej wilgoci. Gdyby nie szmer w oddali, całkowicie straciłaby poczucie przestrzeni.
  Miał rację. Trzeba to było przeżyć samemu, zobaczyć na własne oczy. Jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego. Jakby świat budził się do życia po raz pierwszy w historii. Gdy jasny piasek zapłonął czerwienią, Atilius był znów przy niej. Troskliwie owinął jej szyję szalem.
    - Teraz rozumiesz, czemu nie wytrzymuję w Londynie dłużej niż tydzień? - Skinęła lekko głową. - Brakuje mi tej przestrzeni. Tego poczucia wolności. Tu codziennie świat stwarzany jest na nowo. Ale wróćmy na ziemię. Oprócz pięknych widoków obiecałem ci porządny trening quidditcha.
    - Musisz psuć atmosferę? Już poczułam część tej cudowności, a ty podcinasz mi skrzydła - odparła z wyrzutem, zawiązując chustę wokół bioder. - Chyba nie mam wyboru, co? To w którą stronę?
    - Tam. - Wskazał na majaczące w oddali zabudowania. - To tylko kilka kilometrów.
    - Na bosaka i po piachu? Biegiem?
    - Jak chcesz zasłużyć na latanie...
   

    - Mówiłem, żebyś spięła włosy, bez tego nie wypuszczę cię w górę. A gdzie masz ochraniacze? Nie wiesz, że quidditch to brutalna gra? Dziś na treningu będą sami mężczyźni, nasze trzy kochane panie zrobiły sobie wakacje. A oni potrafią być brutalni. - Od pięciu minut strofował ją na wszystkich możliwych poziomach, sprawdzając wiązania, upewniając się, że jest gotowa dostać do ręki miotłę. - Tylko masz być ostrożna. Nie mam zamiaru zbierać cię z boiska.
    - Dobrze, At. Będę grzeczna - mruknęła, zasłoniła usta, ziewając przeciągle. - Mogę już iść?
  Ponownie zlustrował ją uważnym spojrzeniem. Nie znalazłszy nic, do czego mógłby się przyczepić, skinął głową niezadowolony. Najchętniej wcale nie pozwoliłby jej grać z drużyną, ale jeśli miała się czegoś nauczyć, to rozwiązanie było najrozsądniejsze. Przemyślał jeszcze raz monolog dla drużyny, uwzględniający wymyślne i bolesne konsekwencje, jeśli ktokolwiek tknie lub uszkodzi jego siostrę, i pomaszerował za nią. Zobaczymy, ile mała pamięta z ostatnich lekcji...
  Kazał rozdać miotły i ustawić się na linii bocznej boiska. Z powodu chwilowego uszczuplenia składu, musiał wprowadzić pewne zmiany w ustawieniu.
    - Burnes, Knights i Lloyd na prawo, Cook, Cox i Nona na lewo. Gracjan, zagrasz dziś z zielonymi. Na lewo, człowieku, czy ty rozróżniasz kolory? - Wskazał na grupkę stojąco po lewej stronie, która właśnie zamieniała ciemnoniebieskie szaty na zielone. - Murray do granatowych. Davis, Parker, nie ociągajcie się, bierzcie pałki i na prawo. Hall i ja zagramy z zielonymi. Harrison, bronisz pętli granatowych, Ellis, z nami. Green, masz dziś okazję posędziować, zdaje się, że ostatnio miałeś na to straszną ochotę. - Czarnowłosy chłopak pokiwał radośnie głową. Atilius westchnął ciężko. - Na miotły i do góry, najpierw poćwiczymy rzuty, żebyście obyli się ze składami drużyn, a potem rozegramy mecz. Lloyd, Cox, bierzcie kafle. Najpierw proszę potrenować atak z lewej, potem centralny przynajmniej dwa razy i z prawej, poprzednio kiepsko wam wychodził. Następnie zwodzące ogłupianie obrońcy, pamiętajcie, że w polu bramkowym może być tylko jeden ścigający. Pałkarze biorą jednego tłuczka i odbijają między sobą, nie porozwalajcie sobie łbów, nasza uzdrowicielka jest na urlopie. Szukający... każdy bierze worek piłeczek, tak, tych białych, i rzucacie w siebie wzajemnie, tak, żeby były prawie niemożliwe do złapania. Do dzieła! Macie godzinę. A... chyba zapomniałem was przedstawić. Drużyno, to jest Nona, moja młodsza siostra, polata dzisiaj z nami. A to jest drużyna. - Trzynastu mężczyzn, z których każdy przewyższał ją przynajmniej o kilka cali, skinęło lekko głowami, uśmiechając się. - Chyży z Caldicot. Najlepsza walijska drużyna trzecioligowa. Nona, leć już. Muszę zamienić dwa słowa z resztą - zakończył, przywołując zawodników gestem.
  Nie protestowała, na pewno tłumaczył im właśnie, że ma pozostać niedraśnięta. Nadopiekuńczość jej braci bywała rozbrajająca.


    - Łapacze talentów. - Wskazał na zdjęcie dwóch posępnych czarodziejów w burych szatach z godłem Ligi Quidditcha na piersi spoglądających groźnie z ostatniej strony najnowszego numeru Quidditcha dla profesjonalistów.
  - Chyba łowcy? - Spoglądała ciekawie na brata, co chwilę odwracając się w stronę boiska. Po dzisiejszym bliskim spotkaniu z tłuczkiem, nie do końca ufała pozostałym pałkarzom Chyżych. Atilius wrzeszczał na nich przez dobry kwadrans, zanim udało się odciągnąć go poza boisko.
    - Może i łowcy. My mówimy na nich łapacze. Udają, że znają się na quidditchu. Przynoszą te swoje wymyślne wykresy i tabelki. Zero finezji. Czasem zastanawiam się, czy którykolwiek z nich siedział kiedyś na miotle. Po tym, jak miotła słucha czarodzieja, można rozpoznać talent.
    - Miotła? Przecież każda miotła...
    - Dobry gracz i na słabej miotle jest w stanie dużo zwojować. Pamiętasz Chryzogona Jenkinsa? Oczywiście, że nie pamiętasz. Mistrzostwa kraju w sześćdziesiątym piątym. Jenkins na Wiciodrągu Siódemce kontra Cyrus Anthony na Zmiataczu Piątce. Kto wygrał? Oczywiście Jenkins, to był talent... Mimo że miał miotłę gorszą o przeszło dwie generacje.
    - Generacje?
    - I tak nie zrozumiesz. To jeden z terminów określających zależności między modelami mioteł wyścigowych różnych firm. Chodzi głównie o wyważenie rączki i prostowanie witek. Anthony miał wtedy najlepszą miotłę dostępną na rynku. Ale tu o umiejętności się rozchodzi. Spójrz tam. - Wyciągnął rękę i wskazał maleńką, czarną kropkę majaczącą niewyraźnie na niebie. - Gracjan Brooks. Widziałaś, jak lata. To przyszłość walijskiego quidditcha. Jeden z najlepiej zapowiadających się szukających w historii, jeszcze będzie o nim głośno.
    - Znam go, w zeszłym roku skończył Hogwart. Był szukającym Puchonów - wtrąciła z uśmiechem.
    - Nie dostanie na stałe niczego lepszego niż Księżycowa Brzytwa, dopóki nie nauczy się całkowicie nad nią panować. Oczywiście na mistrzostwa ma szybszą miotłę - dodał prędko, widząc, jak Nona ze zdziwieniem unosi brwi. - Trenuje na obu na zmianę, nie mógłby startować na nieoblatanej miotle, to by było szaleństwo. Ale modyfikując warunki na treningach uzyskujemy lepsze efekty. Tu możemy sobie pozwolić na pewne eksperymenty.
    - Mówisz, jak prawdziwy trener - zaśmiała się cicho, kładąc na trawie na brzegu polany. Atilius wyciągnął się obok niej. Przez chwilę nic nie mówił, ale jego mina świadczyła o wewnętrznej walce. - O co chodzi? - Aż za dobrze wiedziała, że chciał się czymś pochwalić. Wtedy zawsze tak śmiesznie marszczyło mu się czoło.
    - Nikomu jeszcze nie mówiłem - zaczął z wahaniem, ale widząc zachęcający uśmiech, kontynuował konspiracyjnym szeptem. - To nie jest tak na sto procent pewne... Zaproponowano mi posadę młodszego asystenta drugiego trenera Nietoperzy z Ballycastle. Na jutrzejszy trening  ma przyjechać ich przedstawiciel i zobaczyć, jak nam idzie, jak sobie radzę.
    - To wspaniała wiadomość. Dlaczego nie mówiłeś wcześniej? Gratuluję, At. To twoja szansa, żeby wreszcie zacząć wielką karierę. Zawsze o tym marzyłeś. Nietoperze to chyba najlepsza...
    - Irlandzka drużyna, tak - dokończył cicho, trochę nieobecnym głosem. Nie cieszył się. To było pewne. A przynajmniej nie tak mocno, jak powinien. Zamknął oczy i westchnął głośno. Przez kilka minut milczał.
    - Chyba rozumiem. Nie chcesz zostawić Chyżych, prawda? - Usiadła, opierając się plecami o pień starego drzewa.
  Pokiwał głową.
    - Trudna sprawa. Jestem tu niecały rok, a zdążyłem się z nimi bardzo zżyć. A teraz, kiedy mamy szansę wejść do drugiej ligi, nie mogę ich tak po prostu zostawić. - Podniósł się i podał jej rękę. - Właśnie dlatego nikomu nie mówiłem. Nie mogę podjąć decyzji.
    - Każda z nich będzie miała dobre i złe strony - mruknęła filozoficznie, gdy ruszyli w stronę boiska. - Chciałeś być trenerem odkąd zobaczyłeś, że miotła służy nie tylko do zamiatania. Nietoperzom kibicujesz od czasu, kiedy nauczyłeś się mówić "niefopes". Teraz masz szansę zrealizować marzenia.
    - Marzenia się zmieniają - odparł z kolejnym westchnieniem.
    - Kiedy masz im dać odpowiedź?
    - Do końca sierpnia.
    - To niewiele czasu ci zostało. A teraz daj mi jakąś miotłę, może nauczę się jeszcze czegoś nowego pod okiem przyszłego trenera Nietoperzy. Muszę się wylatać na zapas, zanim utknę na dobre w szkolnej ławie.

Drogi Remusie!
Dziękuję Ci bardzo za życzenia i prezent. Nie mam pojęcia, skąd wiedziałeś, że mam urodziny. To na pewno jakieś Huncwockie przekręty, o których nawet nie chcę znać.
 Jak wspominałam poprzednio, wylądowałam w Walii, wszystko układa się jak najlepiej. Nie jest to Hiszpania, ale ma pewien urok. Brat prawie nie pozwala mi zejść z miotły, więc pewnie niedługo do niej przyrosnę, ale jeśli przy okazji zostanę mistrzem quidditcha, to nie ma problemu.
 Tu niedaleko jest stare, ponoć nawiedzone zamczysko. W nocy słychać tam jakieś jęki, ale nie przypominają one odgłosów wydawanych przez duchy. To pewnie miejscowa mugolska legenda, mimo wszystko jutro idziemy zbadać ruiny. Może akurat znajdziemy coś ciekawszego niż puszki po piwie... Opowiem Ci po powrocie.
 Właśnie... Wracam dwudziestego szóstego sierpnia po południu. Sądzisz, że znalazłbyś chwilę, żeby spotkać się ze mną? Muszę poszukać dodatkowych książek na Obronę przed czarną magią, a z tajnych źródeł wiem, że się na tym znasz. Liczę na Twoją pomoc. Oczywiście służę uprzejmie lemoniadą. Gdybyś mógł dać mi znać przez sowę, będę wdzięczna.
 A co słychać u Ciebie? Jak spędzasz ostatnie dni wolności? Planujecie we czwórkę napad na Gringotta?
 Pozdrowienia serdeczne,
  Nona.
 PS. Pozdrów również swoją Huncwocką bandę.


  Zakleiła kopertę i starannie wypisała imię adresata na wierzchu.
    - At, macie tu jakieś sowy? Muszę pilnie wysłać list.
  Z drugiego pokoju dało się słyszeć tępe uderzenie, jakby coś ciężkiego spadło na przykrytą dywanem podłogę. Sekundę potem brat wyłonił się zza drzwi, przeklinając pod nosem rozcierał obolałe plecy.
    - Mówiłem, żebyś nie krzyczała, kiedy śpię - mruknął ponuro, rozglądając się za czymś. - Gdzie ja to... Nieważne. Obawiam się, że obecnie nie ma na stanie żadnej sowy. Ale... Daj mi skończyć, podła Gryfonko. Wstrzymaj się na chwilę. - Ziewnął przeciągle, starając się wyprostować. Nawet jego wykończył dzisiejszy trening. Zbyt skupiony na pilnowaniu siostry oberwał tłuczkiem w bardzo nieprzyjemny sposób. Siniaki zdecydowanie nie poprawiały mu nastroju. Nona usiadła na krześle, trochę posępnie wodząc za nim wzrokiem. Uwielbiał trzymać ją w niepewności. - Sądzę, że jeden dzień nie zrobi różnicy. Chodź. Tylko nic nie mów, bo się rozmyślę.
  Mówił poważnie, milczała więc jak grób, z niecierpliwością wędrując za nim po schodach na górę, aż na strych. Jeszcze tu nie była. Wydawało się dziwne, że tak malutki domek może kryć w sobie tak wiele tajnych zakamarków. Magia. Atilius zatrzymał się niespodziewanie przed masywnymi drzwiami. Zapalił różdżkę i ostrożnie przesunął się do przodu, uważnie oglądając krzywe deski.
    - Lepiej tu poczekaj, za sekundę wracam.
  Oparła się o framugę, próbując dojrzeć cokolwiek w gęstej ciemności. Światło dobywające się z różdżki ginęło w cieniu rzucanym przez chłopaka. Skrzypienie podłogi pobrzmiewało złowieszczo w ciszy sierpniowego wieczoru. Nasłuchiwała. Trzeszczenie ustało, gdy Atilius zatrzymał się przy jednej z grubych belek biegnących w poprzek pomieszczenia. Uniósł różdżkę wysoko, drugą rękę wyciągając przed siebie.
   - Koniec drzemki, śpiochu. Pora trochę popracować.
  Blask odbił się w okrągłych jak księżyc oczach sowy. Żółte tęczówki otaczały olbrzymie, czarne jak smoła źrenice. Ptak nie był wielki, ale z pewnością musiał trochę ważyć. Chłopak z trudem utrzymał ją na ręce.
    - Jest bardzo lojalny, ale ostatnio nieco się zaniedbał. Trochę latania dobrze mu zrobi. To twoja nowa właścicielka, leniwcu. Siostrzyczko, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Jesteś już chyba wystarczająco duża, żeby mieć własną sowę. Ale puść, bo udusisz. - Próbował odkleić ją od siebie jedną ręką, drugą nadal przytrzymując sowę. Pisk radości niemal pozbawił go słuchu. - Złaź ze mnie, mała czarownico. Lepiej daj mu jakieś imię i wyślij list.
    - Dzięki, dzięki, dzięki. At, to najlepszy prezent, jak dostałam. Pojęcia nie masz... - paplała radośnie, głaszcząc jasny, puchaty brzuch sowy poprzedzielany poziomymi, brązowymi prążkami. - To sowa jarzębata, prawda? On? Samczyk? Niech będzie... Fotyn! Nie? - Sowa pohukiwała groźnie. - Nie podoba ci się? Fereol? Ładne, takie męskie. Nie? Też nie? Ale jesteś wybredny. Marinus? Wiron? Tak? - Ptak wreszcie z zadowoleniem kłapnął dziobem i chwiejąc się na boki, przeniósł na ramię dziewczyny. - Niech więc będzie Wiron. Mam nadzieję, że się polubimy. A teraz pierwsze zadanie bojowe. Przesyłka ekspresowa do Remusa Lupina. Sądzisz, że dasz radę?
  Donośne pohukiwanie zagłuszyła pochwycona w dziób koperta. Jeszcze przez chwilę pozwolił się głaskać, po czym rozpostarł skrzydła, wzbił się w powietrze i zniknął za oknem, rozpływając w chmurach.
    - Zadowolona? - zagadnął Atilius, nie przewidując niestety, że atak wdzięczności może się powtórzyć. Powalony na ziemię, dopiero po kilku minutach dał radę wyswobodzić się z objęć zachwyconej siostry. Odepchnął ją na bok, oddychając ciężko. - Doprowadzisz mnie kiedyś do jakiegoś zawału. A lepiej nie, bo chciałem ci jeszcze coś pokazać. Wracamy na dół.
  Z najniższej szuflady pięknie rzeźbionej komody wygrzebał jakiś pakunek owinięty szarym papierem. Wręczył go Nonie i uśmiechnął się chytrze.
    - To od pradziadka Ansfryda... Powiem tylko, że rodzice nie są tym zachwyceni. Stanowczo doradzali książkę. Więc dostałaś i książkę, i to.
    - A co to właściwie jest? - Rozerwała papier, wyraźnie zaintrygowana wyjaśnieniami brata. Skoro rodzice nie chcieli, żeby to coś dostała, musiało być w najgorszym wypadku bardzo interesujące. A znając dziwactwa pradziadka...

  Pogłaskał po głowie drącą się w niebogłosy sowę, wyraźnie zadowoloną z wykonanego zadania. Poprosił, by chwilę poczekała i otworzył kopertę. Przeczytał list dwa razy, żeby niczego nie przeoczyć. Więc Nona chciała się z nim zobaczyć? Ciekawe... Miał wrażenie, że książki do Obrony są tylko pretekstem. Psotny uśmiech rozjaśnił zmęczoną twarz. Przecież nie będzie narzekał. Miętowa lemoniada była naprawdę wyborna. Dla pewności spojrzał jeszcze w kalendarz. Pełnia wypadała dwudziestego ósmego sierpnia. Dwudziestego siódmego będzie pewnie wyglądał jak strzęp samego siebie. Mówi się trudno... Chyba nie do końca chciał, żeby widziała go w takim stanie. Ale przyjemne wspomnienie smaku zimnej, orzeźwiającej lemoniady w zacisznym ogródku...
  Tak, zdawał sobie sprawę, że miętowa lemoniada jest tylko pretekstem.


* * *


Nareszcie po sesji, mogę spokojnie odetchnąć. Czekam jeszcze na wyniki dwóch egzaminów, ale już wszystko za mną, nie mam się, czym martwić. Teraz mam czas, żeby ogarnąć kociołek i zajrzeć na Wasze blogi, wyrównać zaległości, co też niezwłocznie uczynię.
Dziś skromnie, jeszcze pod wpływem stresu sesji, więc proszę o szczyptę wyrozumiałości.
Ze specjalną dedykacją dla Płomyczka. Quidditch, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Choć wiesz, że nie umiem go opisywać, jeszcze nie powiedziałam w tej kwestii ostatniego słowa.

Udanych ferii!


komentarze, 4, dodaj komentarz

4 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Konto usunięte sobota, 5.lutego.2011, 15:18
87.198.20.33

Jeśli tak wygląda Twoja "nieumiejętność" opisywania quidditcha, to ja wymiękam... :D
Kocham qudditcha, kocham Walię (choć nigdy tam nie byłam), kocham Twój super-hiper-plastyczny styl i opisy, kocham sowy, kocham to opowiadanie. Nie stać mnie na nic lepszego, nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Wybacz, że się tylko zachwycam i nic nie uzasadniam. Może wrócę za jakiś czas i napiszę coś mądrzejszego...
Życzę weny i udanych ferii, Perfect!

lily-i-james lily-i-james niedziela, 6.lutego.2011, 02:12
89.171.23.25

Pierwsze dwa akapity wręcz zwaliły mnie z nóg, nie wiem jak ty tworzysz te opisy! a sam opis quidditcha również wyszedł ci całkiem profesjonalnie. czekam na wizytę Remusa, stał sie teraz tak ciekawą postacią!
nie wiem czy tylko ja mam problem z dostaniem się na stronę mylogu? przez to, nie mogę nic dodać. chyba już sobie przypominam dlaczego przestałam go używać...

almostlover almostlover czwartek, 10.lutego.2011, 23:45
87.206.226.132

Aaaaa! Straszne, ale to strasznie Cię przepraszam - okropny ze mnie czytelnik, okropny ze mnie leń, a już najgorsza jest ze mnie amatorka Twojej twórczości - ale z dumą mogę oświadczyć, że ładny pliczek właśnie wylądował w pamięci mojego telefonu, aby urozmaicić mi jutrzejszą drogę do szkoły :)

Pozdrawiam!

almostlover almostlover sobota, 12.lutego.2011, 11:00
87.206.226.132

Ostatnia z dwudziestu jeden stron utuliła mnie wczoraj do snu, więc pierwsze swoje poranne kroki (no może z wyjątkiem kuchni i łazienki - ale wybacz, to nie może czekać :D), kieruję tutaj.
Strasznie podobała mi się ucieczka z domu! Taka groteskowa - "uciekam z domu! Do ciotki! Nie szukajcie mnie, wrócę w poniedziałek na obiad! Chcę kotleta!" - dosłownie tylko ostatniego zdania mi w tym brakowało :)
No i Remus - ten najstateczniejszy, najmądrzejszy i najrozsądniejszy, a jednak dalej nicpoń i flirciarz. Moja wyobraźnia aż zakoziołkowała, gdy wyobraziłam sobie jak tak sobie idą ulicą...
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego postanowiła Remusa ukryć, skoro nic złego nie robili (a może robili, a ja tylko nic o tym nie wiem...?!), dopiero dała braciszkowi do myślenia :D

I quidditch po prostu miód, mleko i malina. Zawsze kiedy jestem zmuszona do sprzątania, próbuję miotłę ruszyć przez "do mnie", ale moje miotły są jakoś latanioodporne ;| Chciałam kiedyś nawet napisać opowiadanie o pohogwartowych perypetiach Olivera Wooda, ale jakoś spasowałam ^^
I jeszcze jedno - dowiem się, co za prezent dostała, czy nie :D?
I puenta końcówki po prostu mistrzowska...!




Szablon wykonałam ja, tylko dla siebie.
Credits:
Brandon Warren, dollieflesh-stock, brushes.

Cytat z Opowieści dla przyjaciela Haliny Poświatowskiej

Uprasza się o niewykorzystywanie do niecnych celów,
pod groźbą zesłania do Azkabanu.