
- To niemożliwe, niemożliwe. Takich rzeczy się po prostu nie robi.
Atilius musiał wędrować nerwowo po pokoju, ponieważ jego głowa co chwilę pojawiała się i znikała w kominku. Bardzo zaburzało to komunikację, połowa słów zupełnie do nich nie docierała.
- Stary, może wreszcie zatrzymasz się na moment i powiesz, o co chodzi. - Appius starał się zachować powagę, ale dziwne zachowanie brata wytrącało go nieco z równowagi. Zerknął ciekawie na Nonę, pochyloną nad najnowszym numerem Proroka. Zdawała się zupełnie nie zwracać na nich uwagi. W końcu jednak złożyła gazetę i spojrzała sennie w migoczące na palenisku zielone płomienie.
- Pójdę się przejść. Inaczej tu zasnę. Wrócę za pół godziny. Poradzicie sobie beze mnie? - ziewnęła, przecierając powieki. Znużenie kolejnym upalnym dniem dawało się mocno we znaki. Wczoraj była pełnia, jedyna noc w miesiącu, kiedy nie mogła zasnąć.
- Nie pozwól jej nigdzie iść. - Głos Atiliusa dobywający się z kominka zadrżał nutą desperacji. - Bierz ją, jej nową miotłę i widzę was za kwadrans w Caldicot.
- Co? - Dziewczyna nie wydawała się zachwycona wariackim pomysłem brata. Przecież przedwczoraj stamtąd wróciła. Nie zdążyła jeszcze przywyknąć do londyńskiego powietrza, a on chce, żeby znów pojawiła się tam, w Walii, jak gdyby nigdy nic. - Chyba zwariowałeś.
- Chyba tak. Ale to jedyne wyjście. - Westchnął ciężko. Miał świadomość, że to, na co się porywa, jest czystym szaleństwem. Ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. - Nona, w tobie ostatnia nadzieja.
- Możesz mi chociaż wyjaśnić, o co chodzi?
- Nie ma czasu. Dowiesz się wszystkiego na miejscu. Zostało wam trzynaście minut. Ap, rusz się. Siostra, miotła i w drogę.
Pyknęło i po szmaragdowym ogniu nie został nawet pyłek popiołu. Appius spojrzał z rozbawieniem na Nonę, która bez entuzjazmu podniosła się z wygodnego fotela i powlokła do swojego pokoju po miotłę. Miała dziwne wrażenie, że wplątuje się w jakąś dziwną historię, która nie może się dobrze zakończyć.
Chyży z Caldicot byli najlepszą miejscową drużyną. Byli jedyną miejscową drużyną... Od przeszło stu lat próbowali przebić się do drugiej ligi, jak dotąd bezskutecznie. Światełko w tunelu zabłysło wraz z pojawieniem się młodego, zdolnego i piekielnie ambitnego Krukona, który postawił sobie za punkt honoru zrealizowanie niedoszłego pragnienia zespołu. Zaledwie dwa wygrane mecze dzieliły ich od awansu.
Atilius jeszcze raz westchnął ciężko, rozpostarł na stole plan boiska do quidditcha i rozstawił na nim siedem figurek odzianych w granatowe szaty. Wyjął z kieszeni różdżkę i drapiąc się jej końcem po głowie usiłował wymyślić jakąś sensową strategię. Jakąkolwiek strategię, która mogłaby uchronić ich od sromotnej porażki. To będzie cud, jeśli wszyscy jego zawodnicy przeżyją ten mecz. Nawet nie śmiał marzyć, żeby przetrwali go w całości. O strzeleniu gola już nie wspominając...
Dźgnął różdżką jedną z maleńkich postaci. Ta uniosła się o dwa cale nad pergaminem na swojej miniaturowej miotełce i wyczekująco zerkała w górę, na szatyna pochylonego nad nią ze zmarszczonym czołem. Pchnął ją nieco w lewo, obserwując przy okazji poczynania pozostałych lilipucich ścigających, którzy powinni podążyć za nią. Ani drgnęli. Tak to jest, kiedy oszczędza się na sprzęcie. Trzeba było kupić zestaw oryginalnych figurek w sklepie z markowym sprzętem do quidditcha. Te nabyte drogą wysyłkową z katalogu Wszystko po pięć sykli tak ładnie prezentowały się na zdjęciu, dumnie prężyły się na miotłach, a rzeczywistości ich szaty zwisały smętnie na nieproporcjonalnych ciałkach, z mioteł powypadała większość witek, a sterowność i refleks pozostawiały naprawdę wiele do życzenia.
Wypuścił ze świstem powietrze. To bez sensu, zupełnie bez sensu. Trzeba znaleźć inny sposób. Zgarnął figurki wykrzykujące pod jego adresem niecenzuralne treści, zamknął je w drewnianym pudełku, uciszając harmider zaklęciem. Wydobył z komody grubą skórzaną teczkę i wśród sterty pergaminów starł się odszukać te z notatkami dotyczącymi spostrzeżeń z ostatniego sezonu ligi quidditcha. Prowadził zapiski od niepamiętnych nawet dla niego samego czasów, mając nadzieję, że może kiedyś, kiedy już zostanie trenerem najlepszej drużyny, przydadzą się one do rozgromienia śmiałków pragnących sięgnąć po tytuł mistrzów. Jak dotąd nie przyczyniły się w najmniejszym stopniu do jakiegokolwiek sukcesu, Chyży jeszcze nigdy nie grali meczu z drużyną z pierwszej ligi.
Dziś miało się to zmienić, a porozrzucane po podłodze, szafkach i parapetach skrawki pergaminów ani o krok nie przybliżały go do obmyślenia choćby rozstawienia zawodników. Uświadomił sobie tylko, że powinien jak najrychlej sprawdzić, kto właściwie może pojawić się na meczu.
Oczywiście. Oczywiście jak to bywa w takich przypadkach, cała drużyna mocno wspierała go duchem, ale tylko nieliczna jej część postanowiła wspomóc i ciałem. Sześciu rozczochranych osiłków dzierżących w rękach równie potargane miotły stanowiło widok dość żałosny. Atilius złapał się za głowę i z udręczoną miną usiadł na trawie, dokładnie na środku boiska. Widmo tak haniebnej porażki przytłaczało nawet jego. Wiedział, od samego początku wiedział, że nie mają żadnych szans. Ale nie sądził, że będzie tak tragicznie. Przecież nie mogą oddać meczu walkowerem, po prostu nie mogą. Nie pomogło wydzieranie się przez kominek na pozostałych ścigających, żaden z nich nie mógł dołączyć do składu. Tak jakby poród, smocza ospa, czy niedyspozycja po imieninach kolegi były dostatecznym powodem nieobecności na tak doniosłym, historycznym wręcz wydarzeniu. Podniósł się z ziemi, kazał drużynie oblecieć boisko osiemdziesiąt razy w jedną stronę i tyle samo razy w drugą, sam podążył ich śladem na piechotę. To czasem pomagało. Po godzinie zawodnicy leżeli wykończeni na murawie, a on dalej krążył wzdłuż białej linii bocznej. Nie było sposobu, żadnego sposobu. A jeśli był, to on nie mógł go odnaleźć. On! Najlepszy trener Chyżych! Jedyny etatowy trener Chyżych, którego mieli od tysiąc osiemset dwudziestego siódmego. A gdyby tak... Szaleństwo, kompletne szaleństwo. Ale inaczej nawet nie mogą zagrać... W końcu zatrzymał się, spojrzał tęsknie w kierunku sterczących ponad czubkami drzew pętli i podjął decyzję. Najdziwniejszą w całym jego krótkim życiu. Ale cóż miał do stracenia? Nic. Oprócz proponowanej mu posady młodszego asystenta drugiego trenera Nietoperzy z Ballycastle. Oprócz obecnego stanowiska trenera trzecioligowej drużyny. Oprócz dobrego imienia i honoru... Ewentualnie zdrowia swoich zawodników i młodszej siostry.
- I to jest ten cały plan, tak? - spytała z niedowierzaniem, powstrzymując się z całych sił, żeby nie parsknąć śmiechem. Ale kamienna twarz Atilius jednoznacznie wskazywała, jak poważnie traktuje całą sprawę.
- Tak, to cały plan - odparł z grobową miną, cicho, jakby obawiając się zmącić podniosłość tej chwili.
- Cały plan to brak planu - mruknęła pod nosem. - A co na to drużyna?
- Popierają mnie.
Tym razem nie wytrzymała. Roześmiała się szczerze, zakrywając twarz dłońmi. Po chwili opadła na fotel, dalej nie mogąc powstrzymać wesołości.
- Właściwie to nie mają innego wyjścia. Inaczej nie zagracie, prawda? - wydusiła przez łzy, starając się w końcu uspokoić. Tylko skinął głową, puszczając mimo uszu złośliwą zaczepkę pobrzmiewającą w jej głosie. - Nie mogłeś im po prostu odmówić?
- Zwariowałaś? Nietoperzom się nie odmawia. - Atilius zastygł w wyrazie niemego zdumienia. - Przez myśl mi to nawet nie przeszło.
- Przecież to tylko mecz towarzyski.
Obaj bracia zgromili ją wzrokiem.
- I co z tego? Cały dochód przeznaczony zostanie na świętego Munga. To szczytny cel. - Appius wtrącił się do dyskusji, na chwilę przerywając stukanie różdżką w miotłę siostry. Była prawie niezaczarowywalna. To dobrze, bardzo dobrze. Jeszcze raz obejrzał witki. Pociągnął silnie kilka z nich, nawet nie drgnęły. Doskonale. - Porządna miotła. Szkoda, że nie można przyczepić do niej pasów bezpieczeństwa, wtedy mielibyśmy pewność, że nie spadniesz.
- Uważaj, żebyś któregoś poranka nie obudził się bez tych swoich blond loczków - odgryzła się, ciskając w niego butem. - At, rozumiem, że innego wyjścia nie ma? - Pokręcił głową przecząco. Spojrzał na nią wyczekująco. Wiedział, że mu nie odmówi. A na pewno nie odmówiłaby sobie takiej rozrywki. - Niech będzie. Ta twoja drużyna ma w ogóle jakieś szaty?
- Oczywiście - mruknął nieco naburmuszony lekceważącym pytaniem, zadowolony jednak z jej decyzji. - Proszę bardzo, oto one. Oficjalny strój Chyżych z Caldicot. Najlepsze materiały, projekt Dezyderiusza McKinonna jednego z najwspanialszych projektantów szat do quidditcha.
- Jakim cudem zdołaliście nakłonić kogoś takiego, żeby zaprojektował wam te wdzianka? - Spojrzała na brata zdziwiona, sięgając po granatową pelerynę i nieco jaśniejszą bluzę. Na piersi połyskiwał dumnie srebrny łabędź dzierżąc w dziobie kilka ogniw złotego łańcucha.
- Jego matka pochodzi z Caldicot - wyjaśnił Atilius, wyciągając z przepastnej szafy ochraniacze.
- Znośne, ale nie założę ich. Nie zmusisz mnie.
Spojrzał na nią zdumiony.
- Przecież...
- Cuchną. Nie ma mowy. Chcesz, żebym zemdlała zanim jeszcze wsiądę na miotłę? Zrób z tym coś.
- Appius, proszę cię, zrób coś z nią albo nie wytrzymam... Za jakie grzechy pokarano nas taką siostrą? - Atilius sięgnął po różdżkę, gorączkowo próbując sobie przypomnieć zaklęcie czyszczące. Żeby w takim momencie zwracać uwagę na tak nieistotne szczegóły. Kobiety...
To było dziwne uczucie. Stać na środku boiska wśród prawdziwych zawodników, trzymając w dłoni świetną miotłę wyścigową, słyszeć wrzawę na trybunach. Właściwie krzyki dochodziły tylko z jednej strony. Po prawej, w sektorach dla kibiców Nietoperzy zebrał się spory tłum, wymachując sztandarami z godłem drużyny, pokrzykując groźnie na rywali i skandując imiona swoich ulubieńców. Na lewo, w miejscu gdzie powinni zgromadzić się wielbiciele Chyżych... panowała smętna cisza, przerywana jedynie nerwowymi pomrukami Atiliusa drepczącego to w jedną, to w drugą, oraz cichymi pogwizdywaniami grupy lokalnych pijaczków korzystających z tak rzadko trafiającej się tu rozrywki.
Nona zerknęła na brata, a ten tylko wyciągnął w górę dłonie zwinięte w pięści wokół kciuków. Jego twarz zmieniała kolor z zielonego na fioletowy, żeby zaraz poszarzeć, a potem zapłonąć szkarłatem. To wcale nie podniosło jej na duchu. Zacisnęła rękę na miotle, poprawiła kołnierz szaty. Upewniła się jeszcze, że włosy ma ciasno związane w warkocz i żaden niecny kosmyk nie udaremni jej starań w czasie meczu. Niepotrzebnie się tym martwiła. Potargane włosy były ostatnim, co mogło jej przeszkadzać.
Na boisko właśnie wkraczały Nietoperze. Siedmiu rosłych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Czarne szaty łopotały za nimi jak chorągwie, choć prawie nie wiało. Czerwone połyskliwe nietoperze wyhaftowane na ich piersiach zdawały się zrywać do lotu szykując do ataku na przeciwnika. Nona poczuła, jak nogi uginają się pod nią, a miotła wymyka z dłoni. Zrobiła się nagle taka mała, malutka... Musiała przytrzymać się rękawa stojącego koło niej Lloyda, żeby nie runąć jak długa w trawę. Nawet szukający Nietoperzy, choć niższy od pozostały członków drużyny o stopę i drobniejszy, przewyższał ją o kilka dobrych cali i miała wrażenie, że jednym uściskiem dłoni mógłby pogruchotać jej wszystkie kości. Z trudem przełknęła ślinę, przypominając sobie jeszcze, że oddychanie jest jej raczej niezbędne do życia. Blada i drżąca schyliła się po miotłę, starając nie dostrzegać złośliwych uśmiechów na twarzach przeciwników. Nie było wątpliwości, nawet najmniejszych, kto będzie zwycięzcą tego meczu.
A mimo to... Ta jawna kpina błyszcząca zuchwale w ich natarczywych spojrzeniach... Te rzucane w przestrzeń półsłówka i nachalne, bezczelne uśmiechy. Przyjechali tu zabawić się, rozgromić beznadziejną drużynę, o której nikt nie słyszał i dostarczyć trochę tanich emocji swoim fanom. I jeszcze pokazać, jacy to oni są wspaniali, że przeznaczają swoje honoraria za ten mecz na rzecz szpitala. Podejrzewała, że sam ich przyjazd tutaj pochłonął więcej złota niż trafi na konto Munga.
- Gotowi?
Niemal podskoczyła, gdy tuż przed nią niespodziewanie wyrósł sędzia. Złoty gwizdek i połyskująca miotła dopełniały pełną godności minę i poważne, grafitowe szaty z odznaką ministerstwa krzyczącą krwistą czerwienią spomiędzy fałd materii.
- Gotowa, złotko? - Głęboki, męski głos zabrzmiał stanowczo za blisko jej ucha. Cofnęła się gwałtownie, potykając o własną miotłę, ale silne ramię w ostatnim momencie chwyciło ją za poły szaty chroniąc przed upadkiem. Dopiero teraz dostrzegła, że to ją wypchnięto do losowania poprzedzającego wybór połowy boiska. - Niech dziewczątko decyduje. Co wolicie? Którą połóweczkę?
Drażnił się z nią. Wysoki, barczysty ścigający z zabójczym uśmiechem pochylał się nad nią z szyderstwem wymalowanym w szarych oczach. Jak wielką miała ochotę rąbnąć go trzonkiem miotły prosto w nos. Ściągnęła groźnie brwi.
- Bierzemy prawą.
- Chociaż tyle możesz zrobić dla drużyny.
A potem różdżką między oczy. I tłuczkiem prosto w brzuch. I przerzucić go kilka razy przez pętlę. Zwalić z miotły i jeszcze raz tłuczkiem w nos. Musiała jednak odłożyć swoje mściwe zapędy na później.
- Żebyś się nie zdziwił.
- Bardzo chętnie bym się zdziwił, ale chyba nie będzie po temu okazji. Sylwanus Lynch. - Wyciągnął do niej dłoń. Uścisnęła ją, choć jej oczy płonęły gniewem, a w myślach już po raz dziesiąty przyłożyła mu miotłą w nos.
- Nona Tyndale.
Uśmiechnął się.
- Całkiem ładnie. Szkoda, że twoja śliczna buźka po meczu już taka nie będzie. Mógłbym się nawet z tobą umówić. Może jednak wycofacie się, póki wszyscy jesteście żywi?
Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i nie zaszczycając odpowiedzią odeszła do swojej drużyny. Lynch uśmiechnął się zjadliwie. Wrócił do reszty Nietoperzy i szturchnął pozostałych ścigających.
- Ta mała jest moja. Zobaczymy, jak sobie radzi ze spadaniem z dużych wysokości. To miała być tylko zabawa, ale rozetrzemy ich w proch.
Appius rozsiadł się wygodnie na miejscu Atiliusa i zabrał się do konsumowania paczki fasolek wszystkich smaków. Młodszy brat tylko zerknął na niego potępiająco i wywrócił oczami.
- Właśnie postawiłem pięć galeonów, że Nona zdobędzie gola - oznajmił zadziwiająco zadowolony jak na człowieka, który dopiero co przepuścił garść złota. Odnajdując w pudełku żółtą fasolkę uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Cytrynowa. A nie... woszczyna. Powinni je opisywać.
- Jak już marnujesz pieniądze na hazard, to może chociaż stawiałbyś na coś, na czym możesz je odzyskać - rzucił przez ramię trener Chyżych, większość swojej uwagi koncentrując na dziewczynie rozmawiającej z kapitanem Nietoperzy. - Nona właśnie zmniejszyła twoje szanse na wygraną do zera. Lynch nie daruje jej takich odzywek, to dla niego jawne wyzwanie. Zabiłem własną siostrę. Ap, zabiłem ją. Ona nie wyjdzie z tego cało - mruczał rozemocjonowany.
- Trochę więcej wiary w nasze maleństwo, Atuś. Fasolkę? Idę dołożyć jeszcze dziesięć galeonów. Życzysz sobie, żeby w twoim imieniu dokonać jakichś lewych transakcji?
- Zwariowałeś?
- Tak, chyba tak. Ale nie bardziej niż ty wystawiając ją w tym meczu. Czy ona chociaż kiedyś grała w jakimś?
- Tak. Chyba. Tak sądzę - zająknął się szatyn. O tym tak do końca nie pomyślał. Oczami wyobraźni już widział rodziców robiących mu wyrzuty, uzdrowicieli pochylających się nad szpitalnym łóżkiem, w którym leżała... - Postaw dychę. Na to samo, co ty. Raz się żyje. Może przynajmniej będzie na ładne kwiaty. O ile strzeli... - Westchnął ciężko. - Niech się dzieje.
Ostry gwizdek przeszył powietrze. Czternaście ciemnych postaci wzbiło się błyskawicznie w powietrze. Kafel bez problemu trafił w ręce jednego ze ścigających Nietoperzy. Po minucie było już trzydzieści do zera.
- Proszę państwa, co za emocje! - Podniecony głos komentatora rozbrzmiał echem po trybunach. - Oczywiście dla fanów Nietoperzy tylko pozytywne. Lynch znów przejmuje kafla. Właściwie to nie stracili go jeszcze ani razu od samego początku. Podaje do Moore’a, ten bez problemu omija dwóch ścigających Chyżych. Również trzeciego. Leci lewą stroną, ten atak to jego specjalność. W ostatniej chwili oddaje piłkę Lynchowi. I kolejny punkt dla Czarnych! Nie ma najmniejszych wątpliwości, kto tu rządzi. Sto do zera dla Nietoperzy. Kafel w rękach Lloyda, ścigającego Chyżych. Podanie do Knighta, niedokładne. Piłka trącona przez Lyncha spada prosto do Wilsona. I znów atak na pętle Granatowych. Harrison, ich obrońca ucieka w popłochu, ledwo unikając zderzenia. Sto dziesięć. Proszę państwa, miejmy nadzieję, że szukający prędko wytropi znicza, inaczej to będzie najsromotniejsza porażka w dziejach brytyjskiego quidditcha. Kafel pochwycony przez Lyncha. Mimo młodego wieku jest doskonały technicznie. To prawdziwy talent. Proszę spojrzeć, jakie uniki, co za zwrotność. Ten zawodnik nie ma sobie równych. Omija tłuczek i leci prosto na połowę Chyżych. Zdecydowana szarża solo i mamy kolejny...! Nie! Proszę państwa! Co za zwrot akcji. Lynch hamuje. Cudem unika zderzenia ze ścigającą Chyżych. Tego się nie spodziewał. Całkowity brak rozwagi ze strony tej drobnej dziewczyny, ale co za odwaga. Albo głupota. Gdyby kapitan Nietoperzy nie zwolnił, już leżałaby na ziemi. Próbuje przejąć podanie do Wilsona. Oczywiście bezskutecznie. Sto dwadzieścia dla Czarnych. Druzjan Flanagan, szukający Nietoperzy, niespodziewanie rusza w kierunku pętli przeciwnika. Czyżby dostrzegł znicza? Gracjan Brooks podąża za nim. Czy szukający Chyżych ma jakiekolwiek szanse? Ja również w to wątpię. Obaj zmieniają nagle kierunek lotu, więc alarm był fałszywy. A tymczasem tłuczki i kafel wciąż w grze. Wspaniałe odbicie Boyla i tłuczek niemal unieszkodliwia Lloyda. Ten jednak utrzymał się na miotle i rusza do przodu. Zwarty atak ścigających Chyżych. Proszę państwa! Przejmują kafla! Pierwszy raz w tym meczu! Czy teraz uda im się strzelić honorowego gola? Tłuczki niezmordowanie podążają za Lloydem. To najlepszy ścigający Chyżych, bez niego nie mają już żadnych szans. Jeszcze jeden unik. Co za zderzenie! Lloyd zalany krwią ledwie utrzymuje wysokość. I następny nokaut. Obrońca Chyżych, to chyba złamana ręka. Boyle i Clark, najlepsi irlandzcy pałkarze są niemal stuprocentowo skuteczni. Czy w tak osłabionym składzie Granatowi mają jeszcze czelność grać dalej? Z wrażenia nie wspomniałem o dwóch kolejnych golach Nietoperzy. Sto pięćdziesiąt dla Czarnych.
Lynch nie mylił się, mówiąc, że powinni byli zrezygnować, kiedy jeszcze mieli sposobność i czas. Teraz już za późno. Wrzaski komentatora doprowadzały ją do szału. Próbowała wyrzucić je z głowy i skoncentrować się całkowicie na grze. Atilius zawsze powtarzał, że ścigający skupia się na dwóch punktach. Kafel - pętla. Tyle powinno go obchodzi. Tyle że kafel ciągle był w rękach Nietoperzy. Latali o wiele szybciej, pojawiali się nagle, ich czarne szaty przesłaniały widok. I te złośliwe uwagi rzucane przez Lyncha, gdy tylko ją mijał. Otarła rękawem pot z czoła. Lloyd był już wykluczony z rozgrywki. Paskudnie dostał tłuczkiem. Zacisnęła dłonie na rączce miotły. Nie miała nic do stracenia. Może zdrowie i życie, ale tym będzie martwić się później. Lynch znów przeleciał obok z bezczelnym uśmiechem. Pomknęła za nim. Knight natychmiast przyłączył się do pościgu. Kapitan Nietoperzy zaraz poda do Moore’a, żeby przelecieć na lewą stronę i tuż przed linią pola bramkowego odzyskać piłkę. Jedyna nadzieja w przejęciu jej przy ich rzucie, inaczej nie ma szans.
- Ścigający Chyżych znowu coś kombinują. Knight wisi na ogonie Lynchowi, Tyndale leci nieco niżej. Czyżby próbowali przejąć podanie? Tak! Proszę państwa! Tyndale przy piłce, oddaje ją Knightowi. Ten szybuje w kierunku pętli przeciwnika. Podanie do Lloyda, który nagle pojawia się między nimi. Szarża! Nie! Lloyd wzbija się w górę. Będzie atakował, będzie atakował! Nie trzyma miotły, co za wyczucie równowagi. O! Całkowite zaskoczenie. Manewr Porskowej! A więc Chyży znają nawet takie zagrania. Tego się nie spodziewaliśmy. Lloyd sam nie atakuje, spuszcza piłkę do Knighta lecącego o wiele niżej. Ten jednak zatrzymany bez problemów przez Browna. Ale cóż to! Chyży znów mają kafla. Piłka nie zdążyła dotrzeć nawet do połowy boiska. Granatowi najwyraźniej się zmobilizowali. Ich ścigająca zmierza prosto na Browna, czy chce spowodować zderzenie? Nie! Nurkuje! Przekazuje piłkę Lloydowi. Za lekko. Lynch znów ma kafla, kolejna akcja solo i sto osiemdziesiąt dla Nietoperzy. Proszę tylko na nich spojrzeć. To jest klasa. To jest mistrzostwo. Ale gra toczy się dalej. Znicz jeszcze nie raczył się ujawnić. Zaczynają Chyży. Gra kombinowana, dobre podania. Omijają dwóch ścigających Nietoperzy. Lynch puszcza ich bokiem, chyba chce zobaczyć, co próbują osiągnąć. Z Brownem nie pójdzie im lekko. Piłka w rękach panny Tyndale, rzuca! Nie! To podanie. Knight nadlatuje z prawej. Ale nie łapie kafla. Lloyd! Piękny unik, co za rzut! I mamy! Mamy! Nieprawdopodobne! Pierwszy gol Chyżych. Sto osiemdziesiąt do dziesięciu.
Osłupienie i radość. Radość tak wielka, jakiej jeszcze nie czuła. Wreszcie! Honorowy gol.
- Lloyd! Jesteś wielki. - Ma ochotę rzucić się na kolegę i uściskać go serdecznie. On tylko z dumą kiwa głową.
- Mecz się jeszcze nie skończył. Może damy radę jeszcze jednego? - Knight z zadowoleniem wskazuje na przeklinającego wściekle obrońcę Nietoperzy. To jeszcze bardziej powiększa satysfakcję.
- Knight, twoja kolej.
- Jak oni to robią! Podźwignęli się z dna! I już dwadzieścia dla Chyżych. Knight w pięknym stylu pokonuje Browna. Ale... tłuczek przerywa dobrą passę ścigających Granatowych. Lloyd i Knight z trudem trzymają się na miotłach. Jeśli mają jeszcze nadzieję na gola, muszą mieć jakąś tajną broń. Ich ścigająca nie ma szans. Lynch leci za blisko, naśladuje każdy jej ruch. Piękny zwód, podanie do Moore’a i znów jest tuż za nią. Jak rzep. Sto dziewięćdziesiąt! Ponad to jest od niej sporo wyższy, ma większy zasięg rąk i szybszą miotłę. Nie ma chyba sposobu, żeby się od niego uwolniła. A jednak przejmuje kafla. Lynch naciera na nią z boku, zderzenie. Co za siła! Nie chciałbym być na jej miejscu. Tyndale niemal spada z miotły. Jedną ręką trzyma się rączki, drugą nadal ściska kafla. Bezbłędne podanie do Lloyda. Knight. Znowu Lloyd. Przytrzymują piłkę, czekając, aż ich koleżanka wdrapie się na miotłę. Nie ułatwia jej tego kapitan Czarnych przelatujący co chwilę obok. Wystarczy, że zahaczy ją ciut za mocno i dziewczyna spadnie. Podciąga się. Wrzawa na trybunach. Czyżby kibice Nietoperzy nagle zapałali sympatią do małej ścigającej Chyżych? Nie sposób jej odmówić pewnego uroku, bardzo płynnie porusza się na miotle. I te zabójcze spojrzenia, kiedy atakuje Lyncha, żeby odebrać mu piłkę. Ma dziewczyna charakterek. Ale czy to wystarczy przeciwko żelaznym mięśniom i inteligencji Lyncha i reszty drużyny? Chyba nie, chyba nie. Lloyd i Knight ruszają na pętle Czarnych wspierani z tyłu przez pannę Tyndale. Zmasowany atak. Kto próbuje tym razem? Mają szczęście! Obrońca Czarnych obrywa tłuczkiem. Lekko, ale wystarczyło, by przepuścić kolejny strzał Lloyda. Trzydzieści! Czy ktoś przypuszczał, że to będzie możliwe? I próbują dalej. Jakaś przepychanka. Lynch nie zamierza odpuścić. Ścigający Chyżych ustawieni w grot. Kolejny piękny manewr w ich wykonaniu. Głowa Jastrzębia, całkiem sprytne. Ale to za mało, żeby przestraszyć Nietoperze. Lloyd wyraźnie zwalnia. Czyżby jakieś ciekawe zagranie? Nie, to chyba efekt kontuzji. Lynch wpycha się między Tyndale a Knighta. Ten drugi zepchnięty na bok. Knight w ostatniej chwili przerzutką przekazuje piłkę koleżance. Czy złapie? Ledwo dosięgła. Ma dobry refleks. Ale Lynch tuż za nią, zrównują się. Tyndale ostro w górę, czy to coś da? Lynch próbuje blokować zagradzając jej drogę. Omija go. Jeszcze jeden unik. Zderzenie! Łapie równowagę. Są o kilka stóp od pola bramkowego. Proszę państwa! Gracjan Brooks wypatrzył znicza. Gwałtownie rusza w jego kierunku. Flanagan podąża za nim. Który będzie pierwszy? Znicz ucieka. Czy dadzą radę? Brooks odrywa ręce od miotły. Prawie go ma! Nie! Flanagan spycha go na prawo. A na drugim końcu boiska...
Czuła oddech Lyncha na szyi, był tuż za nią. Dosłownie kilka cali. Oderwała obie dłonie od miotły. To była ostatnia próba. Uchyliła się przed obrońcą Nietoperzy. Czerwona piłka poszybowała w kierunku prawej pętli. Opadała lekkim łukiem, wolno, wolno. Za szybko. Zahaczyła o pętle i...
- Proszę państwa! Co za akcja! Doskonałe zgranie pałkarzy Czarnych. Dawno już nie widziałem tak wspaniale wykonanych Kleszczy Parkina. Ścigająca Chyżych zwalona z miotły dwoma tłuczkami jednocześnie! Brutalne, ale jakże skuteczne. Druzjan Flanagan łapie złotego znicza! Nietoperze bezapelacyjnie wygrywają mecz. Trzysta czterdzieści do czterdziestu. Panna Tyndale w ostatniej sekundzie zdołała przerzucić kafla przez pętlę Nietoperzy. Ale...
Głos komentatora zamarł w ułamku sekundy. Przez chwilę odbijał się jeszcze echem po trybunach, między zastygłymi w oczekiwaniu widzami. Nie widziała już pętli, miotła rozpłynęła się gdzieś w niebycie. Ziemia zbliżała się za szybko. Nie zdołała nawet krzyknąć. Zacisnęła powieki. To koniec, przebiegło jej przez myśl nim uderzyła...
Nie uderzyła. Nadal nie otwierała oczu, przerażona samą myślą, iż rozbiła się tak szybko, że nawet tego nie zauważyła. Coś z niej zostało? Skoro może jeszcze myśleć, to chyba coś musiało zostać. I słyszy, słyszy całkiem wyraźnie ten złośliwy śmiech i to stanowczo bliżej niż by sobie tego życzyła, mimo że nie był już tak bardzo szyderczy.
- Możesz już otworzyć oczy. - Łagodny głos, którego nie poznała. Ten sam ktoś chwycił ją w pasie i usadził wygodniej na miotle.
- Jestem w niebie? - spytała cicho, nadal zaciskając powieki.
- Skoro tak twierdzisz. - I znów ta nutka ironii. To przecież niemożliwe. - Spójrz sama. Jesteś cała?
Szare oczy i zabójczy uśmiech. Siedziała na miotle kapitana Nietoperzy, objęta jego silnym ramionami, wczepiona kurczowo w poły jego czarnej szaty. Boisko było gdzieś daleko, daleko w dole. Parę metrów pod nimi zawiśli w powietrzu pozostali gracze Nietoperzy, wymieniając gratulacje i uściski dłoni.
- Rundka dookoła? - Koło jej ucha rozległ się radosny krzyk. Spojrzał na nią rozbawiony i mruknął cicho - Trzymaj się mocno.
- Co ty... Nie! Błagam!
To było jednocześnie fantastyczne i straszne. Jeszcze nigdy nie leciała tak szybko. A Lynch ciągle przyśpieszał, wrzeszcząc coś w niebogłosy. Skrzywił się nieco, gdy wbiła paznokcie w jego plecy otaczając ramionami szyję. Przylgnęła do niego tak szczelnie, że ledwo łapał oddech. W uszach słyszał huk wiatru połączony z jej błagalnymi jękami, które ginęły w przestrzeni.
Wreszcie zwolnił, powoli zniżając lot krążył nad boiskiem. Reszta Nietoperzy dawno już wylądowała i zgromadzili się na środku, przyjmując gratulacje od Chyżych. Lynch miękko opadł na trawę, ostrożnie przytrzymując wczepioną w niego dziewczynę. Nie był do końca pewien, czy nie doznała żadnej kontuzji przy spotkaniu z tłuczkami po ostatnim zagraniu jego pałkarzy i wolał obchodzić się z nią delikatnie. A ona chyba wcale nie zamierzała tak łatwo dać się od niego odkleić. Domyślał się, że jest to spowodowane tylko i wyłącznie jej przerażeniem, ale zawsze to ciekawa odmiana po wrogości, którą okazywała mu przed chwilą.
- Jesteśmy na ziemi.
- Na pewno? - Wcale się nie dziwił, że mu nie ufała. Jeszcze kilka minut temu był jej najgorszym przeciwnikiem. Cóż... tak to już jest w quidditchu.
- Na pewno. Sprawdź sama.
Odsunęła się nieco, rozluźniła uścisk i powoli postawiła stopy na miękkiej trawie.
- Nic ci nie jest?
- A coś ty taki troskliwy? Odczep się.
Zmierzyła go morderczym spojrzeniem i powędrowała do swojej drużyny.
- Robi się jeszcze bardziej pyskata, kiedy odzyskuje stały grunt pod nogami - zaśmiał się Lynch wyciągając rękę do Atilius, który właśnie przepychał się przez tłumek graczy. - Twoja siostra?
- Nie da się ukryć - burknął ten w odpowiedzi. - Jest cała?
- Nie wiem, nie jest zbyt rozmowna. Mam wrażenie, że gdyby mogła, przywaliłaby mi miotłą w twarz.
- Ciekawe, co ją powstrzymuje... - zaśmiał się w końcu Atilius, rozglądając za siostrą, która nagle gdzieś zniknęła. Dostrzegł ją na skraju boiska, dyskutującą z Appiusem, który próbował odnaleźć pod granatową szatą ranę, z której sączyła się krew, plamiąc brunatnie ciemną materię.
- Chyba mamy sytuację alarmową. - Wskazał na wyrywającą się z uścisku najstarszego brata dziewczynę. - Trzeba się nią zająć.
- Mamy świetnego uzdrowiciela, jeśli chcecie, może ją obejrzeć - wtrącił Lynch, gestem przywołując szczupłego mężczyznę składającego właśnie w całość rękę ich obrońcy.
- To nie jest konieczne. Czuję się dobrze. Ale jego trzymajcie z daleka, bo nie gwarantuję... - Spojrzała groźnie na kapitana Nietoperzy, który odpowiedział jej tylko szerokim uśmiechem. Zbita z tropu nagłą zmianą jego zachowania, pozwoliła zaciągnąć się za parawan i obejrzeć medykowi. Głośny jęk bólu wskazywał jednak, że nie wszystko było tak dobrze, jak zapewniała.
- Parę siniaków, pęknięta skóra i potłuczony łokieć. Za chwilę będzie zdatna do użytku - orzekł uzdrowiciel, wyciągając z przepastnej torby różdżkę i butelkę z jakimś eliksirem. - Ale musi pani zdjąć szaty, te obtłuczenia na plecach wymagają kilku zaklęć.
- Byłaś całkiem niezła. - Lynch bez skrępowania wepchnął się na wolne miejsce koło Nony. Obie drużyny zgodnie zasiadły do kolacji w miejscowej gospodzie, którą prowadził pewien stary czarodziej. Mugole nawet nie wiedzieli o jej istnieniu. - Musisz się gniewać?
- Tak - mruknęła, zerkając na niego znad pucharu pełnego soku dyniowego. - Tak dla zasady.
- Bo przegraliście?
- Bo wy wygraliście. Dasz mi wreszcie spokój? - jęknęła z nadzieją w głosie.
- A naprawdę tego chcesz? - Nie dawał za wygraną, coraz bardziej zaintrygowany jej zachowaniem. Kobiety nigdy nie odnosiły się do niego w ten sposób.
- A nie widać? Jestem zmęczona, a muszę jeszcze zrobić porządek z miotłą. - Ziewnęła cicho, odgarnęła włosy z twarzy i podniosła się od stołu. - Żegnam.
- Znów pokazuje swoje humory? - Atilius ulokował się na miejscu zwolnionym przez siostrę. Sięgnął po piwo kremowe. - Niedługo jej przejdzie. Ale nie liczyłbym na to, że cię polubi. Sądziłem, że gustujesz w nieco starszych - uśmiechnął się zaczepnie do Lyncha, na co ten szturchnął go lekko.
- Jest słodka, szczególnie kiedy się złości. I nienajgorzej lata na miotle. Ty ją uczyłeś? - Atilius pokiwał twierdząco. - W Hogwarcie gra w drużynie?
- Nie, chyba nawet nie próbowała. Zazwyczaj siedzi z nosem w książce albo w kociołku, dlatego jest taka nieucywilizowana. - At zamyślił się na chwilę. Lynch wykazywał stosunkowo za duże zainteresowanie Noną. Czyżby naprawdę mu się spodobała? Dziwne. Kapitan Nietoperzy zawsze otoczony był wianuszkiem rozentuzjazmowanych fanek czekających na choćby jedno jego spojrzenie. A on, nawykły do westchnień podziwu i mdlenia płci pięknej na sam jego widok, nagle zwraca uwagę na niepozorną Gryfonkę odnoszącą się do niego w najlepszym razie z dystansem i sporą rezerwą?
- Spokojnie, stary, nie mam w stosunku do niej żadnych haniebnych planów. - Lynch przeciągnął się, dopił swój sok dyniowy i wstał. - Ale chętnie sobie z nią porozmawiam. Wiesz, gdzie mogę ją znaleźć?
- Jeśli wzięła miotłę, to pewnie na boisku. Tylko jeśli...
- Naprawdę nic nie knuję. Zaciekawiła mnie, to wszystko. No i jest całkiem ładna. - Mrugnął porozumiewawczo do szatyna. - A jeśli chodzi o propozycję twojej współpracy z Nietoperzami, wspomniałem trenerowi, że drużyna bardzo chętnie zobaczy cię po naszej stronie. Więc decyzja zależy już tylko od ciebie.
Atilius podrapał się z zakłopotaniem w głowę.
- Dzięki. Muszę to jeszcze przemyśleć.
Rzeczywiście znalazł ją na boisku, a właściwie w jego pobliżu. Siedziała na kocu rozłożonym między trybunami, a linią boczną. Siłowała się właśnie z niesforną witką odgięta niemal pod kątem dziewięćdziesięciu stopni od swojej właściwej pozycji.
- Mogę? - Wciągnął rękę, sięgając po jej miotłę. Swoją odłożył na skraju koca i teraz z uwagą przypatrywał się wygiętej gałązce. - Trzeba lekko odchylić ją w dół, w potem spiąć z tymi dwiema. Do jutra się wyprostuje.
- Dziękuję - mruknęła niechętnie, starając się zamaskować uśmiech, który próbował wkraść się na twarz. - Nadal masz zamiar mnie prześladować?
- Najwyraźniej. Masz ochotę trochę polatać? - Wskazał gestem na boisko. - Na takiej miotle pewnie jeszcze nie latałaś - dodał, chwytając wzrokiem zaciekawione spojrzenia brązowych oczu skierowane na jego miotłę.
- Nimbus tysiąc sto jedenaście, wersja de lux z limitowanej kolekcji mioteł do quidditcha, produkowana jedynie na specjalne zamówienie. Najlepsza miotła na rynku. Naprawdę mogłabym? - Spojrzała na niego nieśmiało. Nie, żeby przez tę miotłę mogła nagle się do niego przekonać, ale... Miała już dziś okazję zobaczyć to cudo w akcji i z przyjemnością sprawdziłaby je osobiście.
- Jeśli tylko obiecasz, że nie zrobisz sobie krzywdy - odparł podając jej połyskującego w ostatnich promieniach słońca Nimbusa.
- Nie mogę obiecać - krzyknęła, biegnąc już w stronę boiska. Jednym ruchem porwał jej miotłę i już szybował za nią. - Jest niesamowita! - wołała z radością, okrążając pętle. - I jaka zwrotna! - rzuciła z przerażeniem, gdy zakręciła trochę zbyt gwałtownie i zawisła w powietrzu trzymając się trzonka jedynie jedną ręką. Znowu to samo. Lynch natychmiast znalazł się przy niej i z uśmiechem pomógł wdrapać się z powrotem. Po chwili zastanowienia przesiadł się na swoją miotłę, zajmując miejsce tuż za dziewczyną.
- Chcesz zobaczyć, co ona potrafi?
- Pytanie. Oczywiście.
- Tylko trzymaj się naprawdę mocno. I błagam, nie pazurami - jęknął cicho, odrywając jej rękę od swojego ramienia.
- O, przepraszam, to niechcący. - Zarumieniła się, chwytając kurczowo drewnianą rączkę.
- Naprawdę? Sądziłem, że to kolejna forma zemsty. Gotowa?
Skinęła głową. Pęd powietrza rozwiał jej włosy, czarna szata Lyncha wydęła się jak błoniaste skrzydła nietoperza. Pisk przerażenia zmieszany z gromkim śmiechem jeszcze przez chwilę rozbrzmiewały na opustoszałym boisku.
Był już późny wieczór, gdy Atilius zdołał siłą ściągnąć ją z Nimbusa, do którego prawie przyrosła z zachwytem odkrywając kolejne zalety fantastycznej miotły.
- Też taką chcę.
- Jak wejdziesz do głównego składu Nietoperzy, kupię ci ją osobiście - mruknął szatyn, odklejając ostatni palec jej dłoni od rączki. Szybko oddał ją Lynchowi, który obserwował ich poczynania z boku, drżąc ze śmiechu. Ta dziewczyna całkowicie go rozbrajała. I choć nadal większość jej słów skierowanych do niego przesiąknięta była złośliwością, zauważył niewielką zmianę, kilka razy nawet uśmiechnęła się bez żądzy mordu w oczach. - Zostawiłaś to w karczmie na stole. - At wyjął z kieszeni niewielki srebrny przedmiot i podał go siostrze. - Kiedyś zgubisz własną głowę.
- Wcale nie zostawiłam. Nawet nie brałam go do karczmy. Appius musiał to wygrzebać z mojego kufra.
- Sprawdzałem, czy jest całkowicie bezpieczne - wtrącił się blondyn, przechadzając wzdłuż trybun.
- Co to właściwie jest? - Lynch nagle zainteresował się tajemniczym przedmiotem.
- Prezent - odparła krótko, znów lekko się rumieniąc.
- Urodzinowy? - dopytywał kapitan Nietoperzy. - Szkoda że nie wiedziałem.
- Zawsze możesz mi podarować swoje zdjęcie z autografem, zazwyczaj pewnie tak robisz.
Zaśmiał się cicho. I jak tu się na nią złościć?
- Niestety żadnego nie mam ze sobą. Nie sądziłem, że jesteś moją fanką. Jutro osobiście wyślę ci najlepsze, jakie znajdę.
- Bo nie jestem. Dajcie mi spokój. - Rzuciła ostatnie tęskne spojrzenie na miotłę Lyncha i usiadł na trybunach.
- Ładne. Od kogo to? - Szare oczy znów patrzyły na nią ze zbyt małej odległości. Odruchowo odsunęła się, wyrównując dystans. Zmarszczyła czoło, obracając w dłoniach srebrne puzderko z roślinnymi zdobieniami na pokrywie. Za grube, żeby skrywać jedynie lusterko. Nadal jeszcze nie udało jej się dostać do środka. Odnalazła tylko malutką dziurkę, najprawdopodobniej od klucza. Ale samego kluczyka nie było.
- Od przyjaciela.
- Przyjaciela-przyjaciela?
- Po prostu od przyjaciela. Cała twoja drużyna już sobie poleciała. Nie sądzisz, że również powinieneś?
- Jakaś ty milutka. Sądzisz, że moglibyśmy jeszcze kiedyś się zobaczyć? - Podniósł się i przywołał swoją miotłę.
- Lynch, wybacz, ale... - zaczęła bez przekonania, czując narastające pieczenie zaczerwienionych policzków.
- Sylwan - poprawił szybko, uśmiechając się we właściwy sobie sposób. Szeroko i zabójczo.
- Sylwan... - powtórzyła po namyśle, rozważając w myślach kolejne słowa. - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł.
- Jutro o trzeciej u Fortescue. - To nie było pytanie.
- Z tłumem twoich fanek? Nie, podziękuję.
- Coś wymyślę, tylko się zgódź - zachęcił z łagodnym uśmiechem. To chyba działało na nią lepiej, ponieważ wreszcie podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Może jednak nie był tak nadętym dupkiem, za jakiego go wcześniej miała? Wolała jednak zachować pewną ostrożność.
- Jutro o trzeciej tutaj. O ile weźmiesz Nimbusa.
Skinął głową, uśmiechnął się jeszcze raz i już go nie było. Czarna sylwetka zamajaczyła na tle jasnej tarczy księżyca, by zniknąć z oczu sekundę później. Appius usadowił się obok siostry, podtykając jej pod nos pudełko z fasolkami wszystkich smaków.
- Oczywiście wyjadłeś już wszystkie jadalne, prawda?
- Miałem czekać, aż przestaniesz flirtować z tym dryblasem? Niedoczekanie. Jesteś pewna, że dobrze robisz? A ten twój... Remus J. Lupin? - Zanurzył rękę we wnętrzu pudełka, wydobywając garść cukierków. Włożył do ust zieloną i po chwili wypluł. - Ogórkowa.
- Remus? Jest przyjacielem - odparła, zaciskając dłoń na srebrnym pudełeczku. - Co to właściwie jest? Zdaje się, że próbowałeś je rozbroić.
- Wybuchło przy pierwszym dotknięciu różdżką. - Wskazał z udawanym żalem na osmolone czoło i przypalone końcówki swoich jasnych loków nad czołem. - Bez kluczyka ani rusz.
- To jakaś huncwocka niespodzianka. Aż boję się pomyśleć, co może być w środku. Dobrze, że nie tyka i nie grzechocze. - Dla pewności potrząsnęła lekko. - Ale coś tam jest.
- Więc pan Lupin jest przyjacielem? Tylko przyjacielem? Czy przyjacielem-z-nadzieją-na-coś-więcej? - ciągnął rozmarzonym głosem, przekopując kolejną warstwę fasolek.
- Przyjacielem i odczep się od niego. Już trzeci dzień nie odpisuje na list. - Spojrzała sennie na księżyc, który zdążył już odrobinę zmaleć po pełni, ale nadal świecił upiornie białym światłem. – Zawsze robił to niemal natychmiast.
- Pewnie ma coś ważnego...
- Pewnie tak. - Ton jej głosu świadczył o tym, że zakończyła już tę rozmowę. Wsunęła puzderko do kieszeni spodni, podniosła z trawy swoją miotłę i powlokła się w stronę domu, w którym mieszkał Atilius. Ciekawe, co działo się z Lupinem? Czyżby z resztą swojej obłąkanej bandy naprawdę wysadził Gringotta?
* * *
Cóż mogę powiedzieć... Bardzo zaskoczyły mnie pozytywne reakcje na moje nieudolne próby opisania quidditcha. Taka mała niespodzianka. Dziękuję, dziękuję. :) Wpisując się więc dalej w ten wątek, sama nie wiem, czemu zaciskam sobie pętlę na szyi... ale jak widać kolejna notka w klimacie latania na miotłach tym razem trochę jakby na poważniej. Oceńcie sami. Pewnie więcej już się nie wezmę za ten temat... ;) To tak na zakończenie moich ferii... Z tęsknotą za czasem wolnym i pozdrowieniami dla wszystkich czytających mojego twora. Życzę dobrej zabawy.
|
|
lily-i-james poniedziałek, 14.lutego.2011, 20:00 89.171.23.25 |
|
Zdaję sobie sprawę, że w niczym Ci to nie pomoże, ale nawet nie zdążyłam wyłapać choćby minimalnych błędów, bo szybko chłonęłam jedno zdanie za drugim. Tym razem było więcej akcji niż typowych dla Ciebie opisów, co również mi odpowiada. A opis gry w tej notce jednak wyszedł Ci jeszcze lepiej. Choć imiona mogłaś wybrać inne, bo te dwa - Lloyd oraz Lynch - w pewnym momencie zaczęły mi się mylić. Może to ze względu na prędkość czytania ;>
|
|
|
almostlover środa, 16.lutego.2011, 00:06 87.206.226.132 |
|
Zacznę może od tego, że wkleiłam Twoje dzieło do worda (nie wiem czemu, ale moja opera pokazuje mi takie dziwne prostokąciki przy zapisie dialogów...?), a potem przez 10 minut pisałam poematy na Twój temat - ta notka to dziesięć na innym portalu, na którym kiedyś pisałam (limit znaków na notkę to 3999) - jak Ty to robisz?!
|
|
Konto usunięte środa, 16.lutego.2011, 19:16 87.198.20.158 |
|
Mistrzowsko opisałaś mecz quidditcha - płynnie, nie przesadnie, po prostu bardzo dobrze. Cała historia ciekawi mnie coraz bardziej, no i coraz bardziej lubię główną bohaterkę. Braci Nony za cholerę nie mogę odróżnić - dwa imiona na A i Perfect się gubi xD.
|